9 marca 2016

November 2014: Hamburg

To była już moja czwarta wizyta w Hamburgu. LPU Summit (bez koncertu), koncert Marsów x2 i wreszcie nadszedł czas na koncerty Linkinów, w arenie O2 wraz z moją Anią! Mam słabość do tego miasta i mimo, że nigdy nie jest mi po drodze, Berlin bliżej, a podróż nigdy nie kosztuje mało bardzo lubię tam latać.

W Amsterdamie nie miałam za bardzo kiedy i jak wypocząć. Następnego dnia, z samego rana po koncercie uciekałam na lotnisko. Pierwszy raz leciałam wtedy z przesiadką, ale okazało się to mniej straszne niż myślałam, a nawet banalnie proste. Z Amsterdamu do Kopenhagi, gdzie przeczekałam chyba ze 2 godziny i stamtąd do Hamburga. Choć patrząc na mapę nie ma to sensu, a oba loty były prowadzone przez tę samą firmę (SAS), wyszło to taniej niż lot bezpośredni. W Hamburgu odebrała mnie Ania, moja dobra koleżanka poznana na Summicie w 2011 roku, z którą od tego czasu utrzymuję kontakt. Ponieważ do koncertu było daleko, mogłyśmy spokojnie razem spędzić trochę czasu. Jakoś tak się składa, że już któryś raz z rzędu w listopadzie siedzę w Hamburgu. Dzięki temu po raz drugi miałam okazję wpaść na DOM, czyli festyn, jaki jest tam organizowany latem i zimą! Na tym pierwszym jeszcze nigdy nie byłam, a ponoć jest dużo bardziej okazały, to powiem Wam, że zimowy i tak robi spore wrażenie! Stragany z jedzeniem na ciepło i słodyczami. Automaty do gier i z maskotkami. A na sam koniec atrakcje rodem z wesołego miasteczka: rollercoaster, młyn, młot i wszystkie inne shakery, po których człowiek ma nogi, jak z waty. Choć nie było najtaniej nie mogłyśmy sobie darować paru przyjemności, jak owoce w czekoladzie, naleśniki z Nutellą, czy gotowaną kukurydzę, niekoniecznie jednocześnie. Pograłyśmy też na automatach z maskotkami, bo znalazłyśmy taki, w którym można było dorwać smoki z Jak wytresować smoka! Obu nam się udało wyłowić smoki, które potem bezczelnie wymieniłyśmy na dwa Szczerbatki w innym stoisku. Przejechałyśmy się rollercoasterem i shakerem, który okazał się dość ekstremalny i chodzenie po wyjściu z niego było wyzwaniem. Odpuściłyśmy sobie co bardziej szalone kolejki, bo wystarczyło na nie spojrzeć, aby zwątpić we wszystko. Mimo pogody bawiłyśmy się przednio, lepiej niż rok wcześniej!

Scena na tej trasie była tak niska, że sięgnięcie lub zejście do widowni było dla zespołu błahostką!

W dniu koncertu musiałam wyjść z Anią wcześniej i udać się z nią na jej uczelnię. Miała w ogóle nie iść na swoje zajęcia, ale okazało się, że jednych nie może sobie odpuścić. Pogoda nie dopisywała, ale na spokojnie pojechałyśmy z setką przesiadek na miejsce. Nikomu nie przeszkadzała moja obecność, zwłaszcza, że i tak niczego nie rozumiałam. Nie dość, że informatyka na akademickim poziomie to jeszcze po niemiecku. Nie stała się przez to prostsza. Na szczęście zajęcia nie trwały długo. Po wszystkim pojechałyśmy na dworzec coś zjeść, bo i tak musiałyśmy tamtędy przejechać w drodze do areny.

Swoją drogą, jeździliście kiedyś po Hamburgu komunikacją miejską? Tak się składa, że Ania mieszka na drugim końcu miasta względem areny. Dojechania z jednego miejsca na drugie wymaga czterech przesiadek i sporego zapasu czasu. Ale da się to zrobić. Nie ma problemu z poruszaniem się po mieście, a na bilecie koncertowym jest jednocześnie bilet na komunikację (całą), który upoważnia do przejazdu w dniu koncertu. Podobno tak samo jest z biletami na mecze, a mając na względzie, że nie są one tanie (w ciągu paru lat podrożały o ok. 20 ojro) jest to bardzo dobry pomysł. Why are we not founding this?

Po obaleniu McDonalda (piękno tego fastfooda polega na tym, że podstawowe menu wszędzie jest takie samo, a więc każda podróż musi zawierać przynajmniej jedną wizytę) Ania wpadła jeszcze na kawę i udałyśmy się pod arenę. Po raz kolejny doceniłam EE z LPU. To autentycznie coś pięknego. Podróż nam zajęła trochę czasu (patrz: 4 przesiadki) więc udało nam się dobiec do wejścia jakieś 5 minut przed otwarciem. Nie było jednak dużo osób, nikt się nie pchał, a i obie znalazłyśmy swoich znajomych zatem bez problemu weszłyśmy jako jedne z pierwszych. Barierki były nasze bez żadnych wyrzeczeń, czekania i marznięcia pod wejściem.

Już drugi koncert podczas wypadu udało się spędzić w pierwszym rzędzie. Niemcy mają swoje zalety na takich spędach. Ania wykorzystała swoje gwarantowane m&g i jeszcze przed koncertem Of Mice and Men musiała udać się na miejsce zbiórki. Mimo że sala zapełniała się po brzegi nikomu nie sprawiało problemu aby nie pchać się na jej miejsce, a nawet spokojnie pozwolić wrócić po spotkaniu. Tym sposobem nie musiałyśmy się rozdzielać, a potem szukać wśród tłumu. Sam koncert był bardzo udany. Po tak długim czasie nie pamiętam, którą grali setlistę (tak wiem, wszystko jest do sprawdzenia w internecie), ale nawet jeśli powtarzali tę z Amsterdamu nie przeszkadzało mi to. Jak zwykle dobrze się bawiłam i robiłam mnóstwo zdjęć. Już teraz muszę przyznać, że oświetlenie na tej trasie należało do jednych z moich ulubionych. Nie tylko zdjęcia wychodziły przednie, ale i efekt na żywo był najlepszy.

Chłopaki dali czadu, aż z Chestera ciuchy spadły!

Po tak fantastycznym wypadzie, koncercie i w ogóle spędzonym czasie miałam najgorszy powrót świata. Nie, samolot nie uciekł, wszystko było na czas, ani nikt mnie nie zatrzymał na lotnisku. Ale już w Amsterdamie czułam się, jak w reklamie Rutinoscorbinu. Nie było to nic poważnego, ale nie miałam ze sobą żadnych leków aby zdusić to w zarodku. Ci, co trochę latają wiedzą, jak uszy zatykają się podczas startu, a przede wszystkim podczas lądowania. No więc przez lekkie przeziębienie uszy miałam zatkane już na zaś i myślałam, że mogę to odhaczyć. Podchodzenie do lądowania natychmiast wyprowadziło mnie z błędu. Na początku myślałam, że umieram. Uczucie porównywalne z wkładaniem niezabezpieczonego kabla elektrycznego do ucha i polaniem go wodą. Ból rozchodził się od ucha przez pół twarzy i zamiast zmaleć, z czasem było coraz gorzej. A potem chyba głowę mi rozsadziło od środka, ewentualnie miała miejsce mała implozja. Trwało to niestety cały czas podczas lądowania i przeszło dopiero na lotnisku. NIE POLECAM! Wiem, że na to się nie ma wpływu, ale latanie będąc chorym jest jednym z najgorszych możliwych wyjść. Jak coś... YOU HAVE BEEN WARRNED. W takiej sytuacji jedynym wyjściem jest naćpanie się wszystkim, co popadnie kiedy tylko pojawią się pierwsze objawy choroby. I modlenie się, że zadziałają, jak w reklamie: Od razu.

Nie mogłam się rozłożyć więc w domu natychmiast wzięłam leki i walczyłam z nadchodzącą chorobą. W przerwie międzykoncertowej musiałam jeszcze wpaść do pracy, aby jednak wypłata była większa niż 100 zł. Zmęczenie dawało o sobie znać, ale czekała mnie najbardziej emocjonująca część podróży, a mianowicie pierwszy w życiu wypad do Paryża!

A po zdjęcia z koncertu tradycyjnie zapraszam na Concerts Corner. W tym celu klikamy w radosnego Mike'a!

http://concertscorner.com/2014/11/25/10-11-2014-linkin-park-hamburg-germany

9 grudnia 2015

November 2014: Amsterdam

Pierwszy (dla mnie) koncert na zimowej europejskiej trasie 2014 The Hunting Party Fall European Tour. Decyzja pojechania na niego zapadła jednak jako ostatnia, bo początkowo nie planowałam się tam wybrać. Jednak ogłoszenie Summitu, zlotu oficjalnego fanklubu bardzo szybko zmieniło moje zdanie. Musiałam kombinować z biletem, bo wyprzedały się, jak świeże bułeczki jeszcze zanim LPU rzuciło niusem, koniec końców udało mi się załatwić wejściówkę. Kolejny kraj i kolejne miasto gdzie mnie jeszcze nie było!

Wszystko działo się na całkowitym spontanie! Nie dość, że musiałam na ostatnią chwilę wszystko załatwiać, to jeszcze był to ostatni koncert, który trzeba było zaplanować, bo cała reszta była już ustalona. Kiedyś się trochę wkurzałam na takie sytuację, bo nie lubię gdy coś nie idzie po mojej myśli lub coś/ktoś zakłóca mi harmonogram. Ale na swój sposób przyzwyczaiłam się i nauczyłam z tym sobie radzić. Także...!

Zamiast z Warszawy leciałam z Gdańska, bo okazało się to dwa razy tańsze i kolejną wymówką do spotkania z moją Martą! Tego dnia była okropna mgła, przez to lot opóźnił mi się ponad godzinę, a potem jeszcze lądowanie o kolejne 45 minut. Szczerze to byłam w szoku, że pilot sobie poradził, bo jak zerknęłam przez okno, to ledwo widziałam fragment skrzydła, a co dopiero płytę lotniska. A jednak nie walnął w nią, jak pan z WizzAir na East Midlands, przez co pasażerowie prawie pod sufit podlecieli (a pogoda była idealna!). Na miejscu czekała na mnie Arsel oraz Corey, koleżanka ze Stanów. Przeze mnie wszystko się opóźniło, ale przez pogodę nie spotkało to tylko mnie. Ogarnęłyśmy bilety do komunikacji miejskiej i udałyśmy się do hoteli. Ja miałam pokój z Arsel, Corey nocowała zupełnie gdzie indziej. A tego dnia poza podróżą czekał nas jeszcze LPU MeetUp w Hard Rock Cafe.


Było zimno, ale nie padało więc w miarę w jednym kawałku, po zgarnięciu się z dworca pojechałyśmy razem do miasta. Miasta słynącego z mieszkańców jeżdżących na rowerach. W tym miejscu zaspoileruję, że to nijak ma się do jakiegokolwiek wyobrażenia o tym zjawisku. Kiedy ja słyszałam o rowerach w Amsterdamie myślałam o rozwiniętej sieci ścieżek rowerowych ciągnących się przez całe miasto. O grupkach ludzi, którzy zamiast korzystać z komunikacji miejskiej wybierają taki środek lokomocji. Kojarzyło mi się to z miejskimi rowerami z koszyczkami i zakupami w środku. Rzeczywistość prawie mnie przejechała.

W Amsterdamie poza ścisłym centrum nie ma chodników. Nie ma zatem ścieżek rowerowych. Rowery mają swoje oddzielne pasy ruchu na ulicy, w niczym nie ustępujące szerokością tym dla samochodów. A liczba rowerzystów jest przytłaczająco ogromna! To nie jest kilkadziesiąt osób, to jest maraton rowerowy ZA KAŻDY RAZEM! Jak tylko zmienią się światła przez ulicę przejeżdża tabun rowerów, z czego połowa i tak cierpi na chroniczny daltonizm, bo zielone dla pieszych w niczym jej nie przeszkadza. Przechodząc przez pasy trzeba się pilnować, bo to nie powstrzyma żadnego rowerzysty przed przejechaniem Ciebie. Osobiście mnie to spotkało i po krótkiej obserwacji doszłam do wniosku, że ci ludzie mają jakiś społeczny immunitet na przestrzeganie zasad ruchu drogowego. A że są ich setki na minutę mają siłę przebicia.

Z przygodami, ale udało się znaleźć Hard Rock Cafe. Pod wejściem zbierała się już grupka ludzi, ewidentnie na spotkanie. Od słowa do słowa zaczęliśmy wspólnie marznąć pod drzwiami. Z czasem przychodziło coraz więcej fanów, trochę znajomych. Zaczęła się zbiórka i całą grupą weszliśmy do środka. Było nas sporo i musieli nas poupychać przy malutkich stolikach. Rozdano nam menu, raffle tickets do loterii, a Lulu, która była obecna jako przedstawicielka LPU chodziła między ludźmi i ze wszystkimi rozmawiała. Pierwszy raz miałam okazję z nią porozmawiać, dotąd nawet nie wiedziałam, że ktoś pomaga Lorenzo, który naturalnie był nieobecny. Była bardzo miła i chętnie z nami rozmawiała. Bardzo podobała jej się flaga Arsel zrobiona specjalnie na summit, która tradycyjnie miała zostać podpisana przez uczestników, a następnie zawisnąć na keyboardzie Mike'a podczas koncertu. Osobiście biegałam trochę po klubie i robiłam zdjęcia, próbując ogarnąć z tego jakąś fotorelację. Potem przyszły burger (no co innego można zamówić?) i wszyscy usiedli aby zjeść. Odbyło się także losowanie nagród, w tym koszulki czy podpisanego plakatu z LPU zaprojektowanego przez toolkita. Wszystko nie trwało długo, następnego dnia czekał nas jeszcze summit, cały dzień na arenie, a razem z Arsel stwierdziłyśmy, że mamy za dużo wolnego czasu i zgłosiły się do pomocy. Po Meet Upie razem z grupką znajomych poszliśmy jeszcze na piwo i rozjechaliśmy się do swoich hoteli, aby złapać chociaż trochę snu.

Lulu wraz z summitową flagą, jeszcze bez podpisów.

Pod areną byłyśmy przed 9 rano. Zbiórka dla takich hej do przodu do pomocy, jak my miała się właśnie wtedy zacząć, ale tradycyjnie było opóźnienie i marznięcie pod wejściem. Kiedy w końcu otworzyli drzwi wytoczył się z nich Lorenzo wraz z Lulu i innymi ludźmi z ekipy. Od razu przeliśmy do pracy rozstawiając stoły, wszystkie potrzebne przedmioty, jak gadżety na aukcje, koszulki, laminaty, smycze i drobiazgi summitowe. Było jedzenie, napoje, a ja rozdawałam smycze z koncertu we Wrocławiu, których nie miałam niestety okazji pozbyć się na koncercie. Jak zwykle poznało się sporo ludzi i słuchało z jak daleka ktoś przyjechać. Summit w Londynie był pierwszy w historii LPU zatem wtedy ludzie przylatywali z drugiego końca świata nie wiedząc, czy druga taka okazja się powtórzy. Mimo, że summity odbywają się w miarę regularnie to nadal na europejskich można spotkać przedstawicieli właściwie z całego świata.

Kiedy nadeszła właściwa pora na wpuszczanie reszty uczestników przydzielono nam zadania i rozstawiono po całej arenie. Mi przypadła fucha przy samym wejściu i rozdawanie laminatów ze smyczami i naklejkami. Zmarzłam przy tym niemiłosierne, bo jednak stanie przy otwartych drzwiach bez jakiejkolwiek zimowej odzieży nie było najbardziej komfortowe. Dłonie miałam zgrabiałe, aż czasami nie byłam w stanie rozplątać smyczy. Udało się jednak nie stracić żadnej kończyny, wpuścić wszystkich do środka i zacząć Summit.

Bycie wolontariuszem wiązało się z obowiązkami, ale także z przywilejami. Kiedy wszyscy uczestnicy zebrali się w jednym miejscu, a Lulu i Lorenzo ich witali nikt nie zwracał na mnie uwagi, kiedy kręciłam dookoła i robiłam zdjęcia. Mimo że nie miałam na sobie mercha z LPU ludzie brali mnie za ich pracownika i często przychodzili do mnie z pytaniami (w Polsce pewnie już zaczynaliby mówić per Pani). Początkowo bałam się, że przez pomoc przy organizacji nie będę w stanie brać udziału w zaplanowanych atrakcjach, ale na szczęścia taka sytuacja nie miała miejsca. Choć musiałam stać np. przy standzie z przedmiotami do aukcji przekazałam pieniądze koleżance, aby kupiła mi raffle tickets do loterii, a potem sama już spokojnie czekałam na wyniki (nic nie wygrałam). A kiedy wpuszczono już wszystkich na halę, pod scenę zabawa w wolontariusza się skończyła i mogłam spokojnie zwiedzać, robić zdjęcia i siedzieć ze znajomymi.

Z robieniem zdjęć z początku był problem. To był już mój trzeci Summit i jak dotąd nigdy nikt nie miał pretensji o wnoszenie lustrzanek (także w USA zgodnie z relacją koleżanki). Tym razem jednak odgórnie ich zabroniono, nie podając konkretnego powodu. Kiedy napisałam maila do LPU otrzymałam odpowiedź, że to z winy zarządcy budynku, w którym miał się odbywać Summit, który po prostu zabronił robienia zdjęć profesjonalnym sprzętem, tj. z wymienną optyką. Znajoma postanowiła skontaktować się zatem z kim trzeba w Ziggo Dome i wyjaśnić sprawę. O dziwo odzew z tej strony był pozytywny: Nikt nikomu nie zabraniał korzystania z lustrzanek podczas Summitu, jedynie podczas koncertu. Sprawa wydawała się jasna, przynajmniej z naszej strony. Poszedł kolejny mail do LPU, który jednak nie przyniósł żadnego skutku i w końcowym efekcie nic się nie zmieniło. LPU szło w zaparte, że lustrzanek nie wolno podczas całego Summitu, nie mówiąc już o koncertach. Trochę mnie to wkurzyło i po chamsku postanowiłam zrobić po swojemu. Wzięłam aparat, bo wiedziałam, że i tak nikt nie będzie mnie przeszukiwał (a tak!) i nie znajdzie mojego aparatu. Miałam ze sobą swój plecak, który zanim weszliśmy na płytę leżał pod moim płaszczem, a sprzęt bezpiecznie w środku. Wyjęłam go dopiero na arenia, kiedy stałam w kolejce do zwiedzania sceny. Cóż, wszyscy widzieli. Marc widził, Lulu widziała, nikt nic nie powiedział. Marc podobno miał heheszki, zapewne uważając mnie za blondynkę, która nie wie co robić z takim sprzętem. No nic. Ja osiągnęłam swoje i udało mi się porobić trochę zdjęć.

Lorenzo wraz z Lulu podczas witania się ze wszystkim uczestnikami oraz Marc, jak zwykle przemykający bokiem. Lorenzo wygląda, jakby miał uszy Myszki Micky!

Po zwiedzaniu sceny z mojej strony i backstage'a dla innych przyszedł zespół na małe Q&A. Wcześniej nawet sami z siebie zaczęli grać na scenie coś niby sound check, ale głównie się wygłupiali i poszło A place for My Head w wersji reggae. A potem były pytania. Chłopaki rozsiedli się na scenie i byli gotowi z nami trochę porozmawiać. W Londynie pytaniom nie było końca i ludzie zadawali je bardzo ciekawe. W Hamburgu nawet ja zdobyłam się na wstanie i wyrzucenie z siebie kilku słów. W Amsterdamie była jednak absolutna tragedia. Nikt nie chciał zadawać pytań, a jak już jakiś odważny się znalazł zapytał... o ulubionego Pokemona. No nie wiem, tylu ludzi i na nic dobrego nie wpadli. Zespół też był rozczarowany więc szybko się to skończyło.  Zrobiliśmy grupowe zdjęcie, na którym w ogóle mnie nie widać, a potem przeszliśmy do m&g.

Aktualnie m&g wygląda tak, że wszyscy uczestnicy rozstawiani są pod ścianą, a członkowie zespołu po kolei podchodzą do każdego i podpisują, co tam się im da (no tak samo, jak było na Downloadzie). Można też zagadać i dać gifta. Niestety opóźnienie, jakie wkradło się już na wstępie, czyli kiedy jako wolontariusze wchodziliśmy godzinę później niż było planowane, przesunęło się, przedłużyło i ogólnie nagle okazało się, że jesteśmy w czarnej dupie. Ludzi olśniło, że to już pora wpuszczać innych na KONCERT, a my ledwo m&g zaczęliśmy. Było nas ponad 200, a każdy chciał dostać te 6 autografów. Dlatego wszystko zostało przyspieszone, a chłopaki wręcz biegali przed nami aby podpisać, jak najwięcej rzeczy. To i tak nie pomogło. Połowa osób została na lodzie. Mi nie podpisał Phoenix (do podpisania dałam swoją akrę z Wrocławia), niektórzy mieli gorzej, bo dotarła do nich tylko część zespołu. Jednak czas naglił, więc trzeba się było zwijać. Nikt nie ukrywał rozczarowania.

W pewnym momencie podbiegła do mnie Lulu i zapytała, czy mówię po polsku. Przyznałam się, więc zabrała mnie do jednej dziewczyny, która stała wcześniej w kolejce. Okazało się, że jest Polką, ale nie do końca zna angielski. Podczas loterii wygrała (chyba) zdjęcie z zespołem, ale z powodu opóźnienia niestety okazja przepada. Lulu postanowiła jej to wynagrodzić i zaoferować jedną z opcji biletu Premium: Mogłaby stać podczas pierwszych trzech piosenek z boku sceny. Nie mogły się jednak dogadać z powodu bariery językowej, więc musiałam tłumaczyć. Zrozumienie nastąpiło, zadowolenie niekoniecznie. I się trochę nie dziwię. Nie wiem, jak wszystko się skończyło, ale na miejscu tej dziewczyny byłabym bardzo rozczarowana. A wszystko z powodu bardzo słabej organizacji. Szkoda, że tak wyszło, bo jednak doświadczenie już mają, nie robili tego po raz pierwszy, a i sam Summit nie jest już za darmo, do tego cena wzrosła. Mam tylko nadzieję, że wyciągnęli z tego jakieś wnioski.


Widok ze sceny zza konsoli Shinody. Mniej więcej tak to wygląda podczas koncertów. Tylko ludków trochu więcej.

Ze swojej strony mogę się jedynie pochwalić, że podczas całego Summitu rozdawałam na prawo lewo smycze linkinpark.pl z koncertu we Wrocławiu. Przyszły do mnie niestety po imprezie i musiałam coś z nimi zrobić. Najpierw rozsyłałam chętnym ludziom pocztą, ale było ich bardzo mało. Postanowiłam zatem pozbyć się ich inaczej. Dostała je ekipa (na zdjęciach z Summitu Lorenzo nosi swoją cały czas na szyi), fani oraz sam zespół. Mike bardzo ładnie mi dziękował, a Chester od razu z uśmiechem na twarzy założył na szyję. Największą frajdę miał jednak nowy członek ekipy- Joe Skarz. Młody chłopak, który jak potem się dowiedziałam wcześniej pracował z Jay-Z, ale współpraca nie trwała długo. Potem dorwał Jima, managera Linkinów i dzięki swojemu słowotokowi oraz ogromnemu entuzjazmowi dostał tę pracę. Jarał się, jak flota Stannisa i jarał się Polską. Potem okazało się, że jego pełne nazwisko to Skarzynski (Facebook to potęga) i wszystko stało się jasne.

Po m&g pozwolono nam zostać na hali, bo zaraz i tak miała wejść reszta fanów, a nam przysługiwało wcześniejsze wejście. Barierki zostały zatem oblepione, ale w efekcie końcowym stałam przy nich. Nie było mi specjalnie wygodnie przez mój plecak, który trzymałam przy nogach przez cały czas, ale inaczej chyba nie wyszedłby z tego żywy. Po Summicie został taki niesmak, że człowiek już nie oczekiwał fajerwerków. A jednak chłopaki dali z siebie wszystko. Koncert był bardzo udany (sporo dobrych zdjęć) i miałam kilka swoich małych momentów: Mike raz złapał mnie za rękę, a Chester dwa razy. Ludzie się pchali i wpychali mnie na barierki, ale bywało gorzej. Dobrze zagrali, widać też, że dobrze się bawili. Jak zwykle wspominali o Summicie, a obie flagi z podpisami uczestników zawisły na keyboardzie Mike'a i konsoli Joe'ego. Pierwszy raz też spotkałam się z wybiegiem na scenie podczas koncertu Linkinów. Ale był bardzo niski, niczego nie zasłaniał, a jedynie wydłużył pierwszy rząd. Stałam z boku po prawej patrząc od widowni, więc widok miałam idealny. Machałam flagą, skakałam i śpiewałam, a potem aż trudno było się pogodzić z końcem mimo ogromnego zmęczenia i obolałych nóg.

Niestety/stety już z samego rana musiałam uciekać do Hamburga zostawiając Arsel smacznie śpiącą w hotelu. Na tej trasie mało spałam, ale czego się nie robi dla ulubionego zespołu?

Chłopaki na scenie. Summit nie należał do udanych, ale koncert dali przedni!

Tradycyjnie zdjęcia z summitu i koncertu znajdziecie na mojej stronie z fotografią koncertową: Concert Corner oraz stronie na Facebooku

25 września 2015

November 2014 - The Hunting Party European Tour

The Hunting Party European Tour 2014 - 6 koncertów.

W czerwcu myślałam, że 3 koncert Linkinów + 1 Marsów w miesiącu to dużo, że szaleję. Ale kiedy ogłoszono zimową trasę po prostu odleciałam. 6 koncertów, 5 miast, 4 kraje. Tym razem jedynie starałam się wszystko załatwić za jednym razem, aby nie musieć latać w te i z powrotem (z Polski za granicę, z powrotem do Polski i dopiero do innego kraju), ale oszczędzić czas i pieniądze przelotami bez powrotów do domu. Kombinowałam z noclegami, trochę zaoszczędzić się udało. Leciałam pierwszy raz z przesiadką i spędziłam tydzień na bagażu podręcznym. Morzna? Morzna!
 
Zaliczone koncerty:
- Amsterdam, Holandia + LPU Summit (trzeci, byłam na wszystkich w Europie)
- Hamburg, Niemcy
- Paryż, Francja
- Berlin, Niemcy (wylosowane m&g)
- Londyn, Anglia
- Londyn, Anglia

Nadal nie wiem, jak ja to zrobiłam. Snu było tyle, co nic, a jeszcze w tygodniu wracałam do pracy, aby zaliczyć jakieś minimum. A do pracy na 7! Latałam, jeździłam, chodziłam, zwiedzałam, a potem jeszcze wieczorami chodziłam na koncerty. TO BYŁO ISTNE SZALEŃSTWO! I powtórzyłabym to bez mrugnięcia okiem.

Światła na scenie były naprawdę imponujące. Zdjęcie z koncertu w Hamburgu.

Live in Warsaw: OneRepublic

Mój drugi koncert i to drugi w Warszawie! Bardzo ich lubię, ale nie jestem pewna, czy chciałoby mi się jeździć za nimi dalej. Na szczęście, nie musiałam! Koncert w Stolycy to zawsze ogromna wygoda. Brak konieczności rezerwowania pociągu/autobusu, noclegu i nie trzeba się martwić powrotem, ani wolnym w pracy. A bilet EE jeszcze pozwala się nigdzie nie spieszyć.

Było zimno, listopad hello! Kolejka zakręcała wokół Torwaru, ale Arsel zaklepała dobre miejsce. Tradycyjnie podstawowym problemem były kurtki, z którymi nigdy  nie wiadomo, co zrobić (minusy zimowych tras). Do szatni już nie chadzam po absolutnym sajgonie po koncercie Placebo. Dlatego zawsze staram się kombinować i wykorzystywać wszelkie znajomości. I tym razem się udało. Okazało się, że z OneRepublic pracuje nasz linkinowy znajomy AJ i spokojnie zostawiłyśmy torby i kurtki na Front of House. A że ludzie biegli jednak do szatni, my spokojnie zaklepałyśmy barierki!


Supportem był zespół KONGOS. Znana mi jest/była tylko jedna piosenka, a mianowicie Come with me now. Ale i tak byłam ciekawa, jak zagrają. Tak rzadko przytrafiają mi się dobre supporty, że naprawdę staram się doceniać je doceniać! A już zwłaszcza jeśli można przy nich poskakać. I tym razem się nie zawiodłam. Chłopaki dali czadu, publika dobrze się bawiła, a potem nawet się okazało się, że niektórzy to specjalnie dla nich przyszli!

Po koncercie gitarzysta po prostu dał mi setlistę. Nigdy dotąd mi się to nie zdarzyło i mimo braku hype'u na zespół postanowiłam ją sobie zatrzymać! Zwykle byłam dla wszystkich niewidoczna, nigdy niczego nie dostawałam, więc taka odmiana była dla mnie miła! I wtedy ktoś zaczął mnie pukać w ramię. Okazało się, że moment wręczenia mi gifta został ogólnie zauważony i kolega stojący za mną był wielkim fanem Kongosów. Zaczął mi o tym opowiadać, a potem szybko przeszedł do żebrania o setlistę. Był na tyle zdesperowany, że chciał mi za nią zapłacić. Nie chciał zaakceptować odmowy, nachalnie próbował mnie przekonać, że musi mieć tę setlistę. Łapał mnie za rękę i prawie się popłakał! Z każdą chwilą coraz bardziej mnie irytował i swoim skomleniem całkowicie pogrzebał szansę na to, abym się zgodziłam. Miałam go dosyć więc z trudem odwróciłam się od niego. Wyszło, jak wyszło, ale żebranie na mnie nie podziałało. Potem jeszcze łapał mnie po koncercie, kiedy wychodziłyśmy z Torwaru, ale na szczęście udało mi się mu uciec.

Jednak zanim to się stało na scenę wyszli jeszcze OneRepublic! Tu ze znajomością piosenek nie było problemu! Słucham ich praktycznie od samego początku. Secrets, All the Right Moves, Apologize, czy wtedy świeże i jedno z moich ulubionych Love Runs Out! Grali same hiciory i to na 140%! A podczas ballad, które zagrali na wybiegu przy oświetleniu podwieszonych, starych żarówek na ogromny ekranie na scenie leciały przepiękne zdjęcia Warszawy! Zapewne ten trik był w każdym z miast, w których grali, ale dało efekt. Aby widzieć, co działo się na scenie musiałam się przekręcić i oprzeć o barierkę. Pierwszy rząd miewa swoje plusy i minusy. Ale bawiłam się fantastycznie! Niby zespół popowy, czasem spotkałam się z szufladką indie, ale czadu potrafią dać! Rozbujali cały Torwar, Ryan skakał na prawo i lewo, potykał się, przewracał i szalał. Nie oszczędzał się i dzięki temu publika odwdzięczała się żywiołową reakcją! Poprzednio, kiedy u nas grali byliśmy dla nich zakończeniem trasy. Tym razem byli na półmetku i energii w nich nie brakowało!

Zdjęcia nie wyszły najlepiej, co widać gołym okiem, ale ten koncert! KONCERT! Był to mój pierwszy na mojej listopadowej trasie i takie początki to ja mogę mieć zawsze! Właściwie to ja na takie koncerty mogę chodzić zawsze.

Po wszystkim poszłyśmy na Front of House do AJ'a po nasze rzeczy. Początkowo miałyśmy zostać z nim, aż wszystko posprząt, ale ochroniarz nie chciał o tym słyszeć i nas wyrzucił. Wyszłyśmy więc przed Torwar i tam poczekałyśmy. Było zimno, robiło się pusto, bo ostatni maruderzy rozeszli się do domów, ale wysłałam od siebie wiadomość, że stoimy pod kasami, bo AJ obiecał, że do nas wyjdzie.


Tylko kim jest AJ?

Nie wszyscy go kojarzą, ale on swojego czasu pracował na stałe z Linkin Park. Był kierownikiem oświetlenia (mogę tak to nazwać? Rozumiecie, o co mi chodzi?) na ich dawnych trasach koncertowych. Z tego, co mówił pracował z nimi od samego początku przez jakieś 10 lat. Zaprojektował całe show podczas trasy w 2010 roku. I tak go poznałyśmy, w Berlinie, po koncercie. Było okropnie duszno (w środku hali, bo jednak to był październik), a ja przyuważyłam u niego butelki z wodą. Szybka męska decyzja i padła prośba o podzielenie się. Z początku nie chciał, bo jak oznajmił w tej, co stoi obok niego jest za dużo jego śliny. Ale się zlitował i dał nam nową, nieotwartą. A potem z kieszeni wyciągnął kostki gitarowe i nam je podarował. Niby nic, a jednak go zapamiętałyśmy. Jakieś 2 tygodnie później wróciłyśmy na trasę do Londynu. Tradycyjnie koncert się wyprzedał i zorganizowano drugi, dzień wcześniej. Udało nam się załapać na oba. Pierwszego dnia zamiast z biletami wchodziłyśmy, jako wolontariuszki Music for Relief. Ominął nas w ten sposób support oraz możliwość stania pod sceną, ale z drugiej strony wejście nas nic nie kosztowało! Po zrobieniu swojego i zebraniu niewielkich datków na rzecz organizacji, Hugo (bo wtedy pracował z nimi Hugo, złoty człowiek!) wprowadził nas na płytę Areny. To było zaraz przed wyjściem Linkin Park, więc ludzi pełno! Nie bardzo miałyśmy, co zrobić ze sobą, a także ze swoimi kurtkami i torbami. Postanowiłyśmy więc zaryzykować i zagadać właśnie do AJ'a. O dziwo nas poznał! I wpuścił na Front of House! Był on dość duży, miejsca nie brakowało. Spokojnie położyłyśmy sobie nasze rzeczy i cały koncert spędziłyśmy oddzielone od reszty publiczności! Co prawda nie było to najbliżej sceny, ale nikt się na nas nie pchał, nikt nam nie zasłaniał. Mogłyśmy spokojnie robić zdjęcia i nagrywać filmiki. To było ciekawe doświadczenie i wszystko zawdzięczałyśmy AJ'owi.

Najlepsze zdjęcie z koncertu, jak zwykle: zrobione przez przypadek. Do tego akurat mam szczęście!
Po tej trasie mój kontakt z nim się urwał, ale Arsel obrotna, jak zawsze zadbała o to, aby wiedzieć, co i jak. Przed koncertem One Republic zgadała się z nim i dlatego w Warszawie mogłyśmy spokojnie zostawić u niego swoje rzeczy, a po koncercie pogadać.

To była dziwna rozmowa. AJ chyba mnie pamiętał (Arsel twierdzi, że tak). Z początku gadaliśmy o wszystkim i o niczym, a potem naturalnie zeszliśmy na temat Linkin Park. AJ rzucał jakimiś hasłami, wspominkami z ich współpracy, a potem trochę pękł i wylał na nas swoje 10cioletnie żale. Nie wiem, w sumie czemu to zrobił. Doskonale wiedział, że nadal jeździmy za Linkinami, ba! Że po OneRepublic mamy przed sobą kawałek ich trasy. A jednak zaczął nam opowiadać różne anegdotki i swoje wrażenia. Głównie negatywne. Ja nigdy nie twierdziłam, że zespół jest idealny i nieskazitelny. Wręcz przeciwnie. Jestem daleka od wychwalania ich pod niebiosa i tłumaczenia każdego ich błędu czy pomyłki. Jednak słuchanie opowieści zza kulis z perspektywy rozżalonego, byłego pracownika było bolesne. Pogoda nie dopisywała i mózg mi trochę zamarzł, więc wiele rzeczy dotarło do mnie po czasie, kiedy byłam już w domu. I trochę mnie to dobiło. Nie powinno! A jednak takie informacje nie mogą przejść obok Ciebie obojętnie. NIE BĘDĘ PRZYTACZAĆ TEGO, CO AJ OPOWIADAŁ! Z dwóch powodów. Po pierwsze, to była prywatna rozmowa, prawdopodobnie mimo żalu i nierozwiązanych spraw, AJ nie chciałby, aby to poszło w eter. Po drugie, nie będę Wam psuć frajdy. Mnie już przeszło i pogodziłam się z faktami. Nie moja w tym głowa, abyście i Wy poznawali kulisy pracy z chłopakami. Poza tym zawsze jest opcja, że wszystko zostało wyolbrzymione i przerysowane. Kiedy człowiek jest zły widzi wszystko w innym świetle i potem może wiele rzeczy przeinaczać. Pewne jest tylko to, że współpraca z Linkin Park nie zakończyła się w przyjaźni, ale wszyscy żyją!

Następnego dnia miałam kaca moralnego po takich plotach i byłam mega niewyspana. Kolejnym razem albo siedzimy do rana i nie idziemy do pracy, albo sobie darujemy i uciekamy do domu zaraz po włączeniu świateł...

9 września 2015

Artifact Screening: Kraków

Pierwotnie pokaz filmu Artifact miał się odbyć w Rybniku tak samo, jak koncert. Jeśli dobrze pamiętam to dzień wcześniej.  Z niewiadomych jednak powodów na gwałt zmienili datę i miejsce. Przenieśli wszystko do Krakowa, na dzień po koncercie, do Kina po Baranami. Porozsyłali do wszystkich maila, czy dalej są zainteresowani, bo jednak tego typu manipulacje zawsze mogę psuć komuś plany. Mnie oczywiście nie było to do końca na rękę, bo musiałam na żądanie wziąć dodatkowy dzień urlopu, bo z góry wiedziałam, że nie wrócę zaraz po projekcji (PKP I love you). Dodatkowo siedząc w McDonaldzie na dworcu, jeszcze w Warszawie przed podróżą do Rybnika, szukałam noclegu na jedną noc, bo musiałam się przecież gdzieś podziać (nocleg u koleżanki tym razem nie wchodził w grę). Zależało mi na tym spotkaniu i nie miałam zamiaru rezygnować mimo tragicznej organizacji (po raz n-ty).

Sam film Artifact już znałam. Oglądałam go podczas online'owego streamu na VyRT z Jaredem. Jednak możliwość zobaczenia go na dużym ekranie oraz spotkanie już z samym reżyserem oraz zdjęcie z nim to zupełnie inna para kaloszy. Udało mi się także zakupić bilet na tę atrakcję jako pierwsza z 50 osób i dostałam DVD z autografem! Szkoda, że owy podpis jest na okładce pudełka, a nie na papierowej wkładce, bo trochę się rozmazał, ale liczy się! 

Laski w natarciu. Gdzie ci faceci? Widzicie mnie?
Nie wiem, czy bilety były wyprzedane, ale osób przyszło sporo. Głównie dziewczyny. Najpierw weszli ludzie z biletami na spotkanie, aby móc zająć najlepsze miejsca, a potem cała reszta. Posadzili nas w średniej wielkości salce i po tradycyjnym przedstawieniu zasad puścili film. O dziwo okazało się, że zrobili do niego polskie napisy i to nawet bez błędów. O ile nie było to niezbędne (przynajmniej dla mnie) to ułatwiało takie sytuacje, w których ktoś na filmie rozmawiał przez telefon, a głos po drugiej stronie naturalnie brzmiał, jak trzaski z wiadomości nadaje przez obcych. Takich scen nie brakowało, bo okazało się, że Jared to gaduła i często pokazali jego rozmowy z prawnikami i znajomymi. 

Film nie jest jakiś rewelacyjny. Opowiada o tym, jak pewnego dnia zespół zostaje pozwany przez swoją wytwórnię fonograficzną na 20 milionów dolarów. Zostają postawieni przed faktem, że wiszą im grubą kasę mimo nagrywania, koncertowania i sprzedawania płyt. Jest tam to dokładnie wytłumaczone, dlaczego w ogóle dopuścili do takiej sytuacji, a raczej dlaczego dali się w nią wrobić. Ma to związek ze skomplikowaną formą podpisywania umów i tego, że każdy kto się na taki krok zdecyduje z góry jest winny wytwórni pieniądze. Ktoś, kto dopiero zaczyna jest naturalnie postawiony między podpisaniem czegokolwiek, a dalszym graniem w garażu. O ile jest to z góry zapisane między tysiącami paragrafów, to jest to nieuczciwe, bo przyszły artysta nie jest o tym informowany ani uprzedzany. A kiedy wytwórnia stwierdzi, że wydała na niego już dość pieniędzy, chce je z powrotem. I nieistotna jest liczba sprzedanych płyt, bo kwota jaką za nie zarobiono zawsze będzie dużo mniejsza niż ta, jaką żąda wytwórnia. Marsi wydają się zespołem dobrze prosperującym, ale jednak 20 milionów długu to kwota wręcz niebotyczna. Przez cały film widzimy ich zmagania najpierw z tą informacją, wytwórnią, własnymi emocjami. Wszystko dąży do tego, by pokazać, jak w końcu sobie z tym poradzili i co zrobili. A efektem tej walki jest płyta This is War.

Dowód zbrodni. Ah te jego paskudne włosy...
Po projekcji wyproszono ludzi, którzy mieli tańsze bilety, jedynie na sam film. A zaraz potem przyszedł Jared. Usiadł na przeciwko wszystkich, rozsiadł się wygodnie i od razu rzuciło mu się w oczy, że na sali są same dziewczyny. Opowiadał o filmie, o tym jak powstawał i dlaczego. O swoim pobycie w Krakowie, w Polsce. Zdziwił go widok bardzo wielu zakonnic, zwiedził kilka kościołów, co natychmiast pobudziło pytania o Church of Mars w Polsce. Tłumaczył, że chętnie by się tego podjął, ale do tego potrzebne jest pozwolenie, a i dobra akustyka! Dalszym pytaniom, na wszystkie tematy po kolei nie było końca. Aż sam Jared zdziwiony zapytał, czy to taki polski zwyczaj! Ale samo spotkanie było bardzo przyjemne. Trwało długo, widać było, że nikomu nigdzie się nie spieszyło, a i nie tylko widownia dobrze się bawiła. Po sesji pytań i odpowiedzi przyszła pora na zdjęcia, które tradycyjnie były na taśmociągu,ale przynajmniej wyszły ładnie. Najpierw każdy po kolei wychodził na korytarz, gdzie czekało się na koniec wszystkich zdjęć. Potem Jared zmył się, nam pozwolono zabrać swoje rzeczy z kina, a przed wyjściem można było odebrać swoją kopię filmu na DVD.

Z kina wyszłam dopiero po 23. Cała projekcja i spotkanie zajęły jednak trochę czasu. O powrocie do domu nie było mowy. Szybko zawinęłam się do hotelu i dopiero rano zebrałam do Warszawy.

18 sierpnia 2015

June 2014: Mars in Rybnik

Po ostatnim występie Marsów w Warszawie musiałam wrzucić na luz, bo jednak wszelkie zmiany, jakie zaszły zmieniły całkowicie wygląd koncertów, czy m&g. Nawet szczególnie nie planowałam znowu się na nich wybrać. Ciśnienia nie było, ale w sumie nie oszukujmy się: Jak Jaredy są w Polsce, to mnie tam nie zabraknie. Na razie odpuszczam sobie wyjazdy zagraniczne, no chyba, że znowu podarują mi za darmo m&g to wtedy zawsze mogę gdzieś się przejechać. Jednak mimo wszystko polskie koncerty uważam, za pewniaki.

Po porażce na Impacie nie planowałam już nic specjalnego. Żadnych giftów, bo jednak brak możliwości nawet wręczenie go do rąk własnych zabiera dużą część radości z dawania tych giftów. Kiedy w Hamburgu lub w Łodzi mogłam dać coś od siebie, z ręki do ręki, osobiście i zobaczyć minę Jared, Shannona czy Tomo, a nawet jeszcze zamienić dwa słowa to miało sens. Nawet dużo sensu! Teraz ro przepadło tak, jak mój prezent dla Jareda, choć powiedział, że go widział i był piękny. To jednak nie to samo i póki nic się nie zmieni, nie będę nic kupować, robić ani rysować (bo i takie przypadki były).

W Rybniku byłam pierwszy raz przy okazji koncertu Bryana Adamsa. Uwielbiam go i nie mogłam sobie tego odpuścić. Byłam tylko zdziwiona, że taka gwiazda, takiego formatu gra w... Rybniku. Dojazd słaby, metropolia to żadna, a stadion też do największych nie należy. Ale uparłam się i pojechałam. Koncert był cudowny, a ja wyjechałam stamtąd z poczuciem, że pewnie nigdy więcej do tej dziury nie zajadę.

Jezus na scenie w pełnej chwale i okazałości.

Ogłoszenie Marsów w Rybniku oczywiście mnie otrzeźwiło, że jednak nie uwolnię się od tego miejsca i prawdopodobnie warto by było zapamiętać dobre miejscówki, hotele, dojazdy, bo jest szansa, że będę tam częściej wracać. Kupno biletu to była zwykła formalność. Szybko też zorientowałam się, że moje koleżanki też jadą, zatem ekipa zbierała się zacna. M&g nie miało być już takie, jak kiedyś, ale z drugiej strony czemu nie wyciągnąć z tego, co najlepsze?

Zaraz po ogłoszeniu wyszło, że na koncercie zabraknie Shannona. Według internetów został zatrzymany za jazdę po pijaku i dostał zakaz wyjazdu ze Stanów. To przyczyniło się do jego nieobecność na reszcie koncertów na trasie. Wszystkie zdjęcie ze spotkań były wybrakowane, podczas show zastępował go (chyba?) technik, a secna była wyjątkowo pusta z braku perkusji, więc Jared przez większość czasu stał z prawej strony (patrząc od publiczności), aby całą uwagę skupić na swojej brodzie i włosach. To samo czekało nas, ale nie zniechęciło to fanów. Przyjechali tłumnie, a Goldeny (dawniej tak się właśnie nazywały bilet z m&g. Trudno zmienić przyzwyczajenia) tradycyjnie się wyprzedały.

Przed koncertem miał się odbyć pokaz filmu dokumentalnego Artifact. Działo się tak w wielu krajach, w których akurat koncertowali, a w Polsce ani trochę mnie to nie zaskoczyło: Nadal jest to jeden z najpopularniejszych zespołów w naszym kraju, czy to się komuś podoba czy nie. A i oni sami zakochali się w swoich polskich fanach już podczas pierwszej wizyty w Krakowie na Coke Live Music Festival w 2010 roku. Niestety w ostatniej chwili zmienili organizację i przenieśli wszystko na dzień po koncercie i to do Krakowa. Porządnie pokrzyżowało mi to plany, ale bilet był kupiony: Nie ma opcji. Najpierw więc czekał mnie koncert.

Jak tylko dotarłam pod stadion już było opóźnienie. Bo bez opóźnienia nie ma koncertu, nigdy tego nie zapominajcie. Znalazłam swoje laski i grzecznie czekałyśmy w kolejce, która tradycyjnie była przepełniona dziewczynkami. Czekanie się przedłużało więc próbowałyśmy zapełnić sobie czas. Razem z Gosią, jedną z moich cudownych znajomych, usiadłyśmy z boku, na schodkach. Przyuważyła nas dziennikarka z Dziennika Zachodniego i przeprowadziła z nami krótki wywiad, który choć nie ukazał się w tej formie, jest na ich stronie wraz z naszym zdjęciem. A nawet specjalnie się nie wyróżniałyśmy. Zaliczyłyśmy jednak fejma i dzięki temu dzień zaczął się dobrze.

Włosie w zbliżeniu. Bezdomny Jezus w natarciu!

Kiedy zaczęli wpuszczać robił się mały ścisk, ale to też chyba taka norma, co nie? Przepuścili nas na stadion bocznym wejściem, zebrali do kupy i zaczęły się absolutne jaja. Przede wszystkim trafiliśmy na górę trybun, z których bez problemów było widać scenę. Nic nadzwyczajnego, powiedział normalny człowiek. Niestety okazało się, że przed całym spotkanie miał też być sound check, naturalnie biletowany. Ludzie, którzy mogli na niego pójść dostali dodatkowe bransoletki i ustawili się z jednej strony, aby nie robić zamieszania. Które zaczęło się natychmiast po tym, jak ochroniarze kazali im zejść na dół, pod scenę. W tym momencie cała reszta stała się dla nich intruzami, którzy pod żadnym pozorem nie mogę uczestniczyć w próbie. Ale jak to osiągnąć? Wszyscy staliśmy na górze, scena przed nami, a zespół zaczął grać. Dziewczyny podeszły do ogrodzenia i robiły zdjęcia, nagrywały filmiki. Bo czemu nie? I tak zespół niczym mrówki biegał w tle. Nie spodobało się to, więc zaczęto nas stamtąd przeganiać. Stanęliśmy więc bliżej wejścia. Okazało się to niewystarczające, nadal było widać scenę. Przegnano nas więc jeszcze dalej, na bok, gdzie stał namiot z kawą. Namiot miał nam wszystko zasłaniać. Niech no tylko ktoś spróbował podejrzeć, zaraz podchodził jakiś dryblas i darł ryja, że ma się odsunąć. Było to tak żałosne, że gdybym sama tam nie stała, nie uwierzyłabym. Całkowity brak organizacji. Szkoda, że nas jeszcze nie wyrzucono ze stadionu i nie kazano zatkać uszu. W sumie... bardzo by mnie to już nie zdziwiło.

Udało nam się jednak nie umrzeć ze śmiechu i po sound checku wpuszczono nas również pod scenę, gdzie miało odbywać się m&g. Już się ludzie porozsiadali, więc bitwa o miejsca najbliżej Jareda została z góry przegrana. Razem z koleżankami stanęłyśmy z boku po prawej. Wyszła Reni, przedstawiła zasady i uszczuplony zespół przyszedł. Jared schowany za kurtyną włosów, brody i okularów zagadywał młode fanki, a Tomo tradycyjnie śmiał się, jak opętany. Pytania padały z obu stron, od nas i od nich. Leto obserwował, jak ludzie byli poubierani i zaczepiał niektórych, dopytując lub chwaląc wybór. Jedna z dziewczyn miała na koszulce jego zdjęcie zrobione przez Terry'ego Richardsona i natychmiast rzucił w swoim zwyczaju: Uncle Terry! To było akurat dokładnie w tym momencie, kiedy media rozpisywały się o skandalu z nim związanym. Jared zaczął go bronić i twierdzić, że ludzie mówią o nim obrzydliwe rzeczy. Opowiadał, że robi on takie zdjęcie, bo ludzie czują się przy nim komfortowo. Odniosłam wrażenie, że byłam jedyną osobą, którą to zniesmaczyło. A kiedy zapytał, kto z nas lubi Terry'ego krzyknęłam: NIE! Niestety przez niego nie zostałam usłyszana. Tylko Brytyjka stojąca przede mną obejrzała się na mnie, jak na idiotkę. Szkoda. Ciekawe, jak to jest się kłócić z Jezusem?

Po jeszcze paru łzach w oczach tylko dlatego, że Jared rozpoznał cię z youtube'a zgarnięto nas w gigantyczną kolejkę do autografów i zdjęć. Podpisy odbyły się na taśmociągu, przy czym w końcu znieśli zasadę, że można je dostać tylko na płycie lub gadżetach otrzymanych w ramach biletu. Kiedy w Warszawie oznajmili, że nie mogę nawet im dać swojego zdjęcia ze starego m&g do podpisania, coś we mnie pękło. Tylko co z tego, skoro powiedzieli o tym już na samym spotkaniu? Przy sobie miałam płytę Love, Lust, Faith and Dreams, nawet nie brałam nic innego. No i teraz mam tylko dwa podpisy, jakimś cudem kiedyś muszę wydębić trzeci, bo łyso.

Niestety nie było okazji nawet pogadać. Do zdjęcia człowiek wręcz biegł, aby nie daj Boże przez przypadek stał z zespołem dłużej niż ustawa przewiduje. Udało mi się tylko szybko zapytać Jareda, jak mu się podobają moje tatuaże. Ogólnie: Jared approves. Tomo za to zachwycił się moim kapeluszem. +10 do zajebistości. I tyle, bo już mnie odganiali, jak natrętną muchę. A potem zespół sobie poszedł. Na szczęście pozwolono nam zostać już na płycie, więc udało nam się zaklepać niezłe barierki.

Zdjęcie z 20 Seconds to Mars. O dziwo wyszłam przyzwoicie, rzadkość!

Sam koncert był dobry. Mimo braku Shannona udało im się porządnie zagrać, publiczność dopisała, mimo klasycznego echelonu wrzeszczącego: NAPIERDALAĆ! Oczywiście nic nie przebije występów w Łodzi, bo to były złote i diamentowe czasy. Takich koncertów, jak wtedy grali to już nie ma. Okroili show i wizualnie i muzycznie. Coraz rzadziej grają stare piosenki, choć From Yesterday jeszcze im wychodzi. Ale kontakt z publicznością był, ścisk był, Jared był. Wypad uznaję za udany, a czas spędzony z dziewczynami za bezcenny!

Zdjęć w sumie niewiele mam, nie wrzucałam więcej niż te dwa na górze. Są filmiki, zapraszam na youtube'a. Zdjęcie z zespołem mi się podoba, w końcu sama wyglądam, jak człowiek. Szkoda, że Jareda prawie na nim nie ma, nie mówiąc o jego bracie. Jak dotąd nikt nie skomentował rewelacji odnośnie pijanego Shannego, ale w sumie milczenie też bywa wymowne. Miejmy nadzieję, że już poszedł po rozum do głowy.