9 grudnia 2013

Live in Hamburg: 30 Seconds to Mars

Dany post powstał na życzenie publiczności, które sobie uroiłam.

O tym, że wybieram się na koncert Marsów do Hamburga już wspominałam, przy różnych okazjach, na różne sposoby i różnym osobom. Historia lubi się powtarzać i zamiast zdjęć, mam potok żalu dla was, którego tym razem ukrywać nie będę i rozpiszę się, jakby mi płacili od słowa.

Cała historia zaczęła się tak naprawdę w Warszawie, jeszcze przed koncertem zespołu na Impact Festival. Jestem zagorzałą fanką Golden Ticketów, które są oferowane na prywatne koncerty i nawet miło mnie zaskoczyła wiadomość, że są one dostępne teraz także na festiwale. Zaopatrzyłam się w takowy (zwykle są różne pakiety, na festiwale był jeden i zawierał to, co ważne: spotkanie z zespołem!) i siedziałam, jak na szpilkach, bo już mnie nosiło. Zawsze też kupowałam jakiś prezent, bo ja tak lubię. Ten kupiłam z dużym wyprzedzeniem, bo wiedziałam, że i tak kiedyś go wręczę. Jeszcze wcześniej wysłałam maila z zapytaniem, czy spotkanie będzie przed czy po koncercie, bo mam bilety GCEE i zależy mi na tym. Odpisali mi, że po koncercie, tak więc zapowiadał się bajeczny dzień.

A że nie był, to wiadomo. Zawiodło chyba wszystko, łącznie z brakiem wyobraźni i barierkami do GC, tak więc zapłaciłam za nic. Wściekła byłam już od dnia wcześniejszego, kiedy poinformowano nas, że spotkanie jednak jest przed koncertem. Potem wszystko posypało się lawinowo. Rozczarowanie roku i już szkoda gadać, ile ja się wtedy nagadałam! Koleżanka ma, Maria, dzielnie mnie zniosła, za co wielkie dzięki, ale z biegiem czasu, chyba sama zrozumiała, że miałam rację. Bo miałam! Rozmawiałam z Karin, jedną z ekipy od Goldenów (teraz to się nazywa Adventures in Woderland, whatever…), która była nowa i musiałam jej wytłumaczyć swoje niezadowolenie oraz zmiany, jakie zaszły. Ogólnie słuchała mnie uważnie, ale miała to gdzieś. Broniła nowych zasad i nie dawała dać sobie do zrozumienia, że zwalanie winy na FANÓW (tak, do tego doszło) nie jest dobrą strategią. Od razu zauważyła, że jestem rozczarowana (haha) i chyba podjęła kroki ugłaskania mnie. Kiedy wyszłam już z sesji zdjęciowej, usłyszałam, że jestem szczęśliwym fanem, który dostanie prezent! I wręczyła mi bluzę. Nie zamknęło mnie to. Gadałam dalej. W efekcie wylądowałyśmy z Marią i innymi ludźmi z Goldenów na scenie podczas ostatniej piosenki (aczkolwiek nie wiem, czy to nie było zaplanowane. Serio, nie wiem). Po wszystkim zrobiłyśmy sobie jeszcze zdjęcie z Karin na pamiątkę i poszłyśmy. Wzięłam od niej maila, aby potem jej to foto przesłać.

Dygresja wielka, ale do czego ona prowadzi?

Do tego, że kiedy wysłałam jej to zdjęcie, w ramach małego nieporozumienia, Karin zaproponowała mi darmowego Goldena na następny, wybrany przeze mnie koncert Marsów, pod warunkiem, że sama kupię sobie bilet wstępu. Skorzystałam, a jak! Wybrałam Hamburg i tak to wyszło. Po wielu negatywnych odezwach, jakie widziałam w internecie liczyłam, że coś się zmieni do tego czasu. Poza tym to miał być koncert prywatny, a więc zawsze inaczej. Teraz, z perspektywy czasu, nie wiem, na co liczyłam, ale myślałam, że po prostu stali bywalcy tego rodzaju spotkań, napisali, co myśleli i że jednak doszło to do kogo trzeba. Ale o tym później.

Koncert odbywał się w hali O2, w której miałam już okazję być. Poszłam pod wyznaczone wejście, gdzie stało sporo osób (a raczej dziewczyn) i czekałam. Na wstępie trzeba było rzecz jasna się przedstawić, aby mogli nas na liście odhaczyć (sekundowy zawał serca, czy faktycznie mnie wpisano na listę!), potem dostałam opaskę, przeszukano mnie, sprawdzono bilet i zostawiono samej sobie. Odebrałam swoje graty Goldenowe tj. koszulkę, plakat, laminat i opaskę. Kiedy wszystkich zaliczono, zaprowadzono nas do pokoju, gdzie mogliśmy zostawić swoje ciuchy i inne rzeczy. Jeszcze przez chwilę liczyłam, że będzie po staremu, jak kiedyś i zaraz nas po prostu wprowadzą na halę, ale krótka przemowa Remi, głównodowodzącej rozwiała me wątpliwości. Wszystko zapowiadało się na to samo, co w Warszawie. Zmiany? Teraz można dawać do podpisania płyty, laminaty lub plakaty, które dostaliśmy. Absolutny zakaz dawania prywatnych zdjęć z wcześniejszych spotkań. Powód? Nie wiem, ale zabrzmiało to, jakby kłóciło się to z prawem! Prezenty tym razem nie wylądowały na ziemi, tylko na stole, ale i tak nie dało się ich wręczyć osobiście. Jeśli to się już nigdy nie zmieni, to ja kończę z kupowaniem i dawaniem czegokolwiek. Oczywiście, jak głupia dzień przed wypadem do Niemczech latałam po sklepach. Wydałam swoje ciężko zarobione pieniądze i nigdy więcej. Nigdy.

Spotkanie odbyło się przed koncertem. Zespół przyszedł, była pogadanka, zadawanie pytań, wygłupianie się ("dręczyli" małego chłopca, który słowa nie znał po angielsku i był całkowicie oszołomiony ich zainteresowaniem). Jedyny miły akcent, to fakt, że Tomo od razu zaczął mówić: To co najbardziej kochamy w Echelonie to, że zawsze są z nami fani z Polski! I tu krzyknęłam: „TAK” i Shannon aż wskazał na mnie palcem, żeby nikt mnie nie przeoczył. Nie byłam jedyną Polką, ale tym razem nie nawiązałam nowych znajomości. Potem ustawili nas w kolejce do podpisywania i poszło znowu, jak na taśmociągu. Zdążyłam ledwo zapytać o gifta z Warszawy, to tylko usłyszałam, że piękny i że dziękują. Gonili nas, jakbyśmy roznosili, jakieś choroby. Druga kolejka do zdjęcia. Wyszłam strasznie i nie do końca wiem, dlaczego. Poza faktem, że wyglądam, jak coś rozjechanego przez walec drogowy. Minus to. To nie był mój dzień. Potem zebraliśmy się pod wejściem do hali i wpuszczono nas do środka. Byliśmy mocno spóźnieni (WIELKI głos za tym, aby jednak spotkanie organizować PO koncercie), ale obiecano nam, że zostawiono dla nas miejsce pod sceną. Owszem, ale czemu tam już ktoś stał? W efekcie wylądowałam całkiem z boku, więc widok miałam kiepski. Nie zraziłam się tym aż tak bardzo, kiedy podczas występu You Me At Six zobaczyłam światła. Znowu. To samo. CIEMNICA, JAK W HADESIE! Już wiedziałam, że żadne zdjęcia mi nie wyjdą. A ja tak nie lubię! Postanowiłam się mimo to bawić, ale w ramach dobicia mnie doszczętnie, koncert został… skrócony. O 40 minut. Zagrali jedynie 12 piosenek. Bez słowa wyjaśnienia. Nie żebym liczyła i stała z zegarkiem w ręku, ale coś czułam, że jakoś krótko. Potem okazało się, że miałam rację. Ania, moja koleżanka, u której nocowałam, przeczytała w internecie jak to czasowo wyglądało. Dodała jako ciekawostkę, że bilety w Hamburgu były najdroższe ze wszystkich w Niemczech. Tak więc zaliczyłyśmy koncert dla burżuazji: Drogo, a mało! Tłumaczenie, że następnego dnia jest rozdanie nagród MTV w Belfaście do mnie nie przemawia. Przede wszystkim: Z której strony to moja sprawa? I o ile mi wiadomo, o takich imprezach nie dowiadujesz się w ciągu pięciu minut, by uciekać z koncertu i na złamanie karku lecieć do innego kraju. No nie. Bardzo nieładnie. Zapłaciłam więc za 12 piosnek. To jak przesłuchanie płyty. I właśnie zagrali same nowe. Oprócz akustycznego „The Kill”, ale nie wyszło im. Nie podobało mi się. W Warszawie dali czadu. Spotkanie mnie rozczarowało, ale przynajmniej dali czadu na scenie. A tym razem dali ciała po całości. Coś złego się dzieje.

Czy ja wybrzydzam? Może mam zbyt duże wymagania. Może to coś ze mną jest nie tak. Fakty jednak przedstawiają się następująco:
- wszelkie zmiany, jakie zaszły zostały wprowadzone z winy fanów: 1) wstydliwi fani nie umieją tak swobodnie rozmawiać z zespołem, więc się peszą i tracą okazję, stąd zespół teraz siedzi przy stole, a nie podchodzi do każdego z osobna (zatem ja gadatliwa bździągwa nie mam już także takiej okazji), 2) nie ma osobistego wręczania prezentów, bo był incydent z bombą i teraz wszyscy się boją (no tak! Bo na stertę prezentów na podłodze nie da się bomby rzucić!), 3) nie ma podawania rąk, bo chorzy fani wtedy zarażają zespół (a jak się macają na ulicy lub podczas koncertu, gdy Jared schodzi do widowni, to nie?), 4) nie ma osobistych rozmów, bo Jared niszczy sobie głos i nie będzie mógł śpiewać. Tak.
- owe zmiany kosztują ok. 100$ więcej na każdym bilecie. Co podniosło koszta? Może silikonowa opaska?
- nic nie zostanie już przywrócone. Dlaczego? Oficjalnego oświadczenia rzecz jasna nie znam, ale mój wniosek jest prosty, jak słońce. Nieważne, ile negatywnych opinii wyślemy, my stali bywalcy i ludzie, którzy nie chcą płacić milionów za lizanie lodów przez szybkę, cała reszta będzie zachwycona. Na każdym spotkaniu 90% osób, to te, które są pierwszy raz. One nie wiedzą, jak było i jak być powinno. W związku z czym da się je naciągnąć na wszystko. Żeruje się na nich, wciskając im byle, co. A przecież, jak się nie ma porównania, to trudno narzekać! Co gorsza, to często są dzieci, część Echelonu, która mnie absolutnie przeraża, ta bezkrytyczna, niebezpieczna i agresywna. W grupie na temat tego koncertu, w której udziela się Ania, ktoś ośmielił się skrytykować koncert oraz spotkanie. No jest to po prostu nielegalne i nie można ich krytykować. 30 Seconds to Mars to święta krowa, która zawsze ma rację. No szkoda.

I jak, będąc w tak przytłaczającej mniejszości, dojść do słowa? Jak coś zmienić? Jak dać do zrozumienia, że nie jest okej, skoro teraz nie ma nawet okazji do rozmowy? Nie jestem samobójcą, nie wstanę podczas spotkania i rozmowy z fanami i nie powiem o tym. Chyba bym do domu w jednym kawałku nie wróciła. Pytanie tylko, czy jest jeszcze o co walczyć?
I jak zrozumieć wiecznie zmieniające się ceny? Zawsze było drogo. Odkąd dowiedziałam się o istnieniu Goldenów. Potem nawet coś staniało, zmieniło się i najtańsza opcja z m&g była do przyjęcia. Teraz ceny rosną, a zabawy coraz mniej.Wmawiają nam, że jest lepiej, że to się opłaca i że jest intymniej. No akurat w żadne z tych twierdzeń nie wierzę. Naciąganie niewinnych (?) fanów/ek, aby tylko ściągnąć więcej kasy. A target nigdy im się nie skończy. Ja nie pójdę (a kto w to uwierzy...), ale nowe, młode fanki wręcz pobiegną. I będą chodzić, bo JARED! I na nich będą żerować, zarabiać. Bo to się już tylko do tego sprowadza: Do kasy. 

Jest mi niezmiernie przykro z tego powodu, bo nadal w pamięci mam absolutnie cudowne koncerty i spotkania w Łodzi. To było coś. Tego się nie zapomni, bo wtedy było dobrze, bo wtedy było tak, jak być powinno. I prawda jest taka, że jeszcze mam cichą nadzieję, że coś się ruszy, bo nadzieja umiera ostatnia. Nie sądzę, aby na horyzoncie szykował się kolejny darmowy Golden (napisałam do Karin z podziękowaniami, ale mi nie odpisała. Chyba się obraziła), ale chyba kiedyś dam im jeszcze szansę. Dlatego proszę mnie nie oceniać, jeśli po ogłoszeniu sensownej daty znowu polecę, jak głupia. Na razie szczerze nie mam na to ochoty, dlatego lepiej, aby trzymali się od nas z daleka. Muszę ochłonąć i zapomnieć. 

I niech Jared obetnie włosy.

16 listopada 2013

Live in Poland: Billy Talent.

Tak.
Znowu oni.

Po występie na Lemon Festival, od razu wiedziałam, że chcę ich zobaczyć jeszcze raz. Koncert był świetny, ja cudownie się bawiłam, a Ben zapowiedział, że wrócą jeszcze w tym roku. Niewiele później ogłoszono dwie daty: na Warszawę (6.11.) i Kraków (7.11). Postanowiłam pójść tylko na ten w Warszawie, bo przede wszystkim miałam już dawno temu ustalony koncert Marsów na 8 listopada i leciałam do Hamburga 7ego. Nigdy bym się nie wyrobiła, kolidowały mi godziny! Ale nie mogłam narzekać, grali w moim mieście, cóż a wygoda!

Koncert był mega. Ale się wybawiłam! Stałam w pierwszym rzędzie. Jestem na większości zdjęć widowni i wyszłam na nich, jak transformers: moja szczęka jest już cała kwadratowa. Ale za to moje zdjęcia wyszły absolutnie cudownie. Zrobiłam ich TYYYLE, że trudno było wybrać, bo naprawdę większość okazała się dobra! Jeśli chcecie je obejrzeć, klikamy w Bena pijącego nic innego, jak nasze polskie Tyskie!

http://concertscorner.wordpress.com/2013/11/16/06-11-2013-billy-talent-warsaw-poland

Ah. I te jego różowe trampeczki. Szkoda, że taki kurdupel.

25 lipca 2013

Lemon Festival 2013

Nie bardzo wiem, jak zacząć.

Ten posta miał być inny. Spodziewałam się wysmakowanych zdjęć z koncertu Marsów, ale los chciał inaczej! Przede wszystkim jestem rozczarowana całym Impactem, organizacją, w końcu Goldenami, zespołem i chyba tylko sam koncert był udany. Ale też nie taki wymarzony, bo to jednak głupi festiwal (nienawidzę festiwali. Zauważyłam też, że Warszawa jest pechowa). Skończyło się więc na tym, że zdjęć brak, a ja jestem rozczarowana.

Na pocieszenie udało mi się jednak otrzymać W KOŃCU pierwszą w swoim życiu akredytację. Zabiegałam o nią na wiele koncertów, ale notorycznie mi odmawiano. Kiedy już się poddałam i stwierdziłam, że nie warto, dostałam pozytywną odpowiedź w sprawie Lemon Festival, organizowanego w Łowiczu (haha, znowu festiwal!). Nie jest to jakaś wielka impreza, ale wybrzydzać mi nie wolno! Pojechałam, zrobiłam zdjęcia (dajcie mi na nowy aparat!!!), pobawiłam się, wypiłam piwa i wróciłam. Popełniłam milion błędów, zdjęcia są przeciętne, ale w końcu jakoś trzeba się nauczyć, prawda? 

Ciekawi fotek? Klikamy w Bena! Billy Talent dali czadu, oj tak.


Chcielibyście zobaczyć skończonego Lokiego? Ja też. 

27 maja 2013

Live in Bulgaria: Depeche Mode

Jak na razie, niestety, nie ma się co spodziewać nowych artystycznych wpisów z mojej strony (no chyba, że chcecie popatrzeć, jak maluję paznokcie, lol). Nie chcę jednak, aby ten blog umarł całkowicie. Dlatego po raz kolejny chwalę się fotami z koncertu.

Tym razem miałam okazję, nie! Zaszczyt być na koncercie Depeche Mode w Bułgarii. Ponieważ ich publiczność BARDZO różni się od naszej, nie było problemu z dobiciem do barierek i zrobieniu wielu świetnych zdjęć. Ośmielę się nawet stwierdzić, że jak dotąd najlepszych w mej karierze. Jestem nimi zachwycona i musiałam się mocno kontrolować przy edycji, aby nie wrzucić za dużo! W efekcie mamy bardzo konkretną galerię i aby ją zobaczyć wystarczy kliknąć w Dave'a!


Za niewiele ponad tydzień idę na drugi dzień Impact Fest. Ogólnie nienawidzę festiwali, ale są zespoły, na które zawsze pójdę, gdy grają w Polsce. Tym razem headlinerem jest 30 Seconds to Mars, zatem muszę tam być. Będzie ostro. Na pewno mnie tam poturbują, a pomimo wypaśnego biletu, nie wiem, czy dobiję do pierwszego rzędu i czy uda się przynieść dobre zdjęcia. Chciałabym! I się postaram. Jednak nasza publika daje wiele do życzenia, nie wspominając o konkretnej grupie fanów... fanek... W każdym bądź razie, psychicznie się nastawiam, a aparat chowam głęboko! Trzymajcie kciuki.