9 grudnia 2015

November 2014: Amsterdam

Pierwszy (dla mnie) koncert na zimowej europejskiej trasie 2014 The Hunting Party Fall European Tour. Decyzja pojechania na niego zapadła jednak jako ostatnia, bo początkowo nie planowałam się tam wybrać. Jednak ogłoszenie Summitu, zlotu oficjalnego fanklubu bardzo szybko zmieniło moje zdanie. Musiałam kombinować z biletem, bo wyprzedały się, jak świeże bułeczki jeszcze zanim LPU rzuciło niusem, koniec końców udało mi się załatwić wejściówkę. Kolejny kraj i kolejne miasto gdzie mnie jeszcze nie było!

Wszystko działo się na całkowitym spontanie! Nie dość, że musiałam na ostatnią chwilę wszystko załatwiać, to jeszcze był to ostatni koncert, który trzeba było zaplanować, bo cała reszta była już ustalona. Kiedyś się trochę wkurzałam na takie sytuację, bo nie lubię gdy coś nie idzie po mojej myśli lub coś/ktoś zakłóca mi harmonogram. Ale na swój sposób przyzwyczaiłam się i nauczyłam z tym sobie radzić. Także...!

Zamiast z Warszawy leciałam z Gdańska, bo okazało się to dwa razy tańsze i kolejną wymówką do spotkania z moją Martą! Tego dnia była okropna mgła, przez to lot opóźnił mi się ponad godzinę, a potem jeszcze lądowanie o kolejne 45 minut. Szczerze to byłam w szoku, że pilot sobie poradził, bo jak zerknęłam przez okno, to ledwo widziałam fragment skrzydła, a co dopiero płytę lotniska. A jednak nie walnął w nią, jak pan z WizzAir na East Midlands, przez co pasażerowie prawie pod sufit podlecieli (a pogoda była idealna!). Na miejscu czekała na mnie Arsel oraz Corey, koleżanka ze Stanów. Przeze mnie wszystko się opóźniło, ale przez pogodę nie spotkało to tylko mnie. Ogarnęłyśmy bilety do komunikacji miejskiej i udałyśmy się do hoteli. Ja miałam pokój z Arsel, Corey nocowała zupełnie gdzie indziej. A tego dnia poza podróżą czekał nas jeszcze LPU MeetUp w Hard Rock Cafe.


Było zimno, ale nie padało więc w miarę w jednym kawałku, po zgarnięciu się z dworca pojechałyśmy razem do miasta. Miasta słynącego z mieszkańców jeżdżących na rowerach. W tym miejscu zaspoileruję, że to nijak ma się do jakiegokolwiek wyobrażenia o tym zjawisku. Kiedy ja słyszałam o rowerach w Amsterdamie myślałam o rozwiniętej sieci ścieżek rowerowych ciągnących się przez całe miasto. O grupkach ludzi, którzy zamiast korzystać z komunikacji miejskiej wybierają taki środek lokomocji. Kojarzyło mi się to z miejskimi rowerami z koszyczkami i zakupami w środku. Rzeczywistość prawie mnie przejechała.

W Amsterdamie poza ścisłym centrum nie ma chodników. Nie ma zatem ścieżek rowerowych. Rowery mają swoje oddzielne pasy ruchu na ulicy, w niczym nie ustępujące szerokością tym dla samochodów. A liczba rowerzystów jest przytłaczająco ogromna! To nie jest kilkadziesiąt osób, to jest maraton rowerowy ZA KAŻDY RAZEM! Jak tylko zmienią się światła przez ulicę przejeżdża tabun rowerów, z czego połowa i tak cierpi na chroniczny daltonizm, bo zielone dla pieszych w niczym jej nie przeszkadza. Przechodząc przez pasy trzeba się pilnować, bo to nie powstrzyma żadnego rowerzysty przed przejechaniem Ciebie. Osobiście mnie to spotkało i po krótkiej obserwacji doszłam do wniosku, że ci ludzie mają jakiś społeczny immunitet na przestrzeganie zasad ruchu drogowego. A że są ich setki na minutę mają siłę przebicia.

Z przygodami, ale udało się znaleźć Hard Rock Cafe. Pod wejściem zbierała się już grupka ludzi, ewidentnie na spotkanie. Od słowa do słowa zaczęliśmy wspólnie marznąć pod drzwiami. Z czasem przychodziło coraz więcej fanów, trochę znajomych. Zaczęła się zbiórka i całą grupą weszliśmy do środka. Było nas sporo i musieli nas poupychać przy malutkich stolikach. Rozdano nam menu, raffle tickets do loterii, a Lulu, która była obecna jako przedstawicielka LPU chodziła między ludźmi i ze wszystkimi rozmawiała. Pierwszy raz miałam okazję z nią porozmawiać, dotąd nawet nie wiedziałam, że ktoś pomaga Lorenzo, który naturalnie był nieobecny. Była bardzo miła i chętnie z nami rozmawiała. Bardzo podobała jej się flaga Arsel zrobiona specjalnie na summit, która tradycyjnie miała zostać podpisana przez uczestników, a następnie zawisnąć na keyboardzie Mike'a podczas koncertu. Osobiście biegałam trochę po klubie i robiłam zdjęcia, próbując ogarnąć z tego jakąś fotorelację. Potem przyszły burger (no co innego można zamówić?) i wszyscy usiedli aby zjeść. Odbyło się także losowanie nagród, w tym koszulki czy podpisanego plakatu z LPU zaprojektowanego przez toolkita. Wszystko nie trwało długo, następnego dnia czekał nas jeszcze summit, cały dzień na arenie, a razem z Arsel stwierdziłyśmy, że mamy za dużo wolnego czasu i zgłosiły się do pomocy. Po Meet Upie razem z grupką znajomych poszliśmy jeszcze na piwo i rozjechaliśmy się do swoich hoteli, aby złapać chociaż trochę snu.

Lulu wraz z summitową flagą, jeszcze bez podpisów.

Pod areną byłyśmy przed 9 rano. Zbiórka dla takich hej do przodu do pomocy, jak my miała się właśnie wtedy zacząć, ale tradycyjnie było opóźnienie i marznięcie pod wejściem. Kiedy w końcu otworzyli drzwi wytoczył się z nich Lorenzo wraz z Lulu i innymi ludźmi z ekipy. Od razu przeliśmy do pracy rozstawiając stoły, wszystkie potrzebne przedmioty, jak gadżety na aukcje, koszulki, laminaty, smycze i drobiazgi summitowe. Było jedzenie, napoje, a ja rozdawałam smycze z koncertu we Wrocławiu, których nie miałam niestety okazji pozbyć się na koncercie. Jak zwykle poznało się sporo ludzi i słuchało z jak daleka ktoś przyjechać. Summit w Londynie był pierwszy w historii LPU zatem wtedy ludzie przylatywali z drugiego końca świata nie wiedząc, czy druga taka okazja się powtórzy. Mimo, że summity odbywają się w miarę regularnie to nadal na europejskich można spotkać przedstawicieli właściwie z całego świata.

Kiedy nadeszła właściwa pora na wpuszczanie reszty uczestników przydzielono nam zadania i rozstawiono po całej arenie. Mi przypadła fucha przy samym wejściu i rozdawanie laminatów ze smyczami i naklejkami. Zmarzłam przy tym niemiłosierne, bo jednak stanie przy otwartych drzwiach bez jakiejkolwiek zimowej odzieży nie było najbardziej komfortowe. Dłonie miałam zgrabiałe, aż czasami nie byłam w stanie rozplątać smyczy. Udało się jednak nie stracić żadnej kończyny, wpuścić wszystkich do środka i zacząć Summit.

Bycie wolontariuszem wiązało się z obowiązkami, ale także z przywilejami. Kiedy wszyscy uczestnicy zebrali się w jednym miejscu, a Lulu i Lorenzo ich witali nikt nie zwracał na mnie uwagi, kiedy kręciłam dookoła i robiłam zdjęcia. Mimo że nie miałam na sobie mercha z LPU ludzie brali mnie za ich pracownika i często przychodzili do mnie z pytaniami (w Polsce pewnie już zaczynaliby mówić per Pani). Początkowo bałam się, że przez pomoc przy organizacji nie będę w stanie brać udziału w zaplanowanych atrakcjach, ale na szczęścia taka sytuacja nie miała miejsca. Choć musiałam stać np. przy standzie z przedmiotami do aukcji przekazałam pieniądze koleżance, aby kupiła mi raffle tickets do loterii, a potem sama już spokojnie czekałam na wyniki (nic nie wygrałam). A kiedy wpuszczono już wszystkich na halę, pod scenę zabawa w wolontariusza się skończyła i mogłam spokojnie zwiedzać, robić zdjęcia i siedzieć ze znajomymi.

Z robieniem zdjęć z początku był problem. To był już mój trzeci Summit i jak dotąd nigdy nikt nie miał pretensji o wnoszenie lustrzanek (także w USA zgodnie z relacją koleżanki). Tym razem jednak odgórnie ich zabroniono, nie podając konkretnego powodu. Kiedy napisałam maila do LPU otrzymałam odpowiedź, że to z winy zarządcy budynku, w którym miał się odbywać Summit, który po prostu zabronił robienia zdjęć profesjonalnym sprzętem, tj. z wymienną optyką. Znajoma postanowiła skontaktować się zatem z kim trzeba w Ziggo Dome i wyjaśnić sprawę. O dziwo odzew z tej strony był pozytywny: Nikt nikomu nie zabraniał korzystania z lustrzanek podczas Summitu, jedynie podczas koncertu. Sprawa wydawała się jasna, przynajmniej z naszej strony. Poszedł kolejny mail do LPU, który jednak nie przyniósł żadnego skutku i w końcowym efekcie nic się nie zmieniło. LPU szło w zaparte, że lustrzanek nie wolno podczas całego Summitu, nie mówiąc już o koncertach. Trochę mnie to wkurzyło i po chamsku postanowiłam zrobić po swojemu. Wzięłam aparat, bo wiedziałam, że i tak nikt nie będzie mnie przeszukiwał (a tak!) i nie znajdzie mojego aparatu. Miałam ze sobą swój plecak, który zanim weszliśmy na płytę leżał pod moim płaszczem, a sprzęt bezpiecznie w środku. Wyjęłam go dopiero na arenia, kiedy stałam w kolejce do zwiedzania sceny. Cóż, wszyscy widzieli. Marc widził, Lulu widziała, nikt nic nie powiedział. Marc podobno miał heheszki, zapewne uważając mnie za blondynkę, która nie wie co robić z takim sprzętem. No nic. Ja osiągnęłam swoje i udało mi się porobić trochę zdjęć.

Lorenzo wraz z Lulu podczas witania się ze wszystkim uczestnikami oraz Marc, jak zwykle przemykający bokiem. Lorenzo wygląda, jakby miał uszy Myszki Micky!

Po zwiedzaniu sceny z mojej strony i backstage'a dla innych przyszedł zespół na małe Q&A. Wcześniej nawet sami z siebie zaczęli grać na scenie coś niby sound check, ale głównie się wygłupiali i poszło A place for My Head w wersji reggae. A potem były pytania. Chłopaki rozsiedli się na scenie i byli gotowi z nami trochę porozmawiać. W Londynie pytaniom nie było końca i ludzie zadawali je bardzo ciekawe. W Hamburgu nawet ja zdobyłam się na wstanie i wyrzucenie z siebie kilku słów. W Amsterdamie była jednak absolutna tragedia. Nikt nie chciał zadawać pytań, a jak już jakiś odważny się znalazł zapytał... o ulubionego Pokemona. No nie wiem, tylu ludzi i na nic dobrego nie wpadli. Zespół też był rozczarowany więc szybko się to skończyło.  Zrobiliśmy grupowe zdjęcie, na którym w ogóle mnie nie widać, a potem przeszliśmy do m&g.

Aktualnie m&g wygląda tak, że wszyscy uczestnicy rozstawiani są pod ścianą, a członkowie zespołu po kolei podchodzą do każdego i podpisują, co tam się im da (no tak samo, jak było na Downloadzie). Można też zagadać i dać gifta. Niestety opóźnienie, jakie wkradło się już na wstępie, czyli kiedy jako wolontariusze wchodziliśmy godzinę później niż było planowane, przesunęło się, przedłużyło i ogólnie nagle okazało się, że jesteśmy w czarnej dupie. Ludzi olśniło, że to już pora wpuszczać innych na KONCERT, a my ledwo m&g zaczęliśmy. Było nas ponad 200, a każdy chciał dostać te 6 autografów. Dlatego wszystko zostało przyspieszone, a chłopaki wręcz biegali przed nami aby podpisać, jak najwięcej rzeczy. To i tak nie pomogło. Połowa osób została na lodzie. Mi nie podpisał Phoenix (do podpisania dałam swoją akrę z Wrocławia), niektórzy mieli gorzej, bo dotarła do nich tylko część zespołu. Jednak czas naglił, więc trzeba się było zwijać. Nikt nie ukrywał rozczarowania.

W pewnym momencie podbiegła do mnie Lulu i zapytała, czy mówię po polsku. Przyznałam się, więc zabrała mnie do jednej dziewczyny, która stała wcześniej w kolejce. Okazało się, że jest Polką, ale nie do końca zna angielski. Podczas loterii wygrała (chyba) zdjęcie z zespołem, ale z powodu opóźnienia niestety okazja przepada. Lulu postanowiła jej to wynagrodzić i zaoferować jedną z opcji biletu Premium: Mogłaby stać podczas pierwszych trzech piosenek z boku sceny. Nie mogły się jednak dogadać z powodu bariery językowej, więc musiałam tłumaczyć. Zrozumienie nastąpiło, zadowolenie niekoniecznie. I się trochę nie dziwię. Nie wiem, jak wszystko się skończyło, ale na miejscu tej dziewczyny byłabym bardzo rozczarowana. A wszystko z powodu bardzo słabej organizacji. Szkoda, że tak wyszło, bo jednak doświadczenie już mają, nie robili tego po raz pierwszy, a i sam Summit nie jest już za darmo, do tego cena wzrosła. Mam tylko nadzieję, że wyciągnęli z tego jakieś wnioski.


Widok ze sceny zza konsoli Shinody. Mniej więcej tak to wygląda podczas koncertów. Tylko ludków trochu więcej.

Ze swojej strony mogę się jedynie pochwalić, że podczas całego Summitu rozdawałam na prawo lewo smycze linkinpark.pl z koncertu we Wrocławiu. Przyszły do mnie niestety po imprezie i musiałam coś z nimi zrobić. Najpierw rozsyłałam chętnym ludziom pocztą, ale było ich bardzo mało. Postanowiłam zatem pozbyć się ich inaczej. Dostała je ekipa (na zdjęciach z Summitu Lorenzo nosi swoją cały czas na szyi), fani oraz sam zespół. Mike bardzo ładnie mi dziękował, a Chester od razu z uśmiechem na twarzy założył na szyję. Największą frajdę miał jednak nowy członek ekipy- Joe Skarz. Młody chłopak, który jak potem się dowiedziałam wcześniej pracował z Jay-Z, ale współpraca nie trwała długo. Potem dorwał Jima, managera Linkinów i dzięki swojemu słowotokowi oraz ogromnemu entuzjazmowi dostał tę pracę. Jarał się, jak flota Stannisa i jarał się Polską. Potem okazało się, że jego pełne nazwisko to Skarzynski (Facebook to potęga) i wszystko stało się jasne.

Po m&g pozwolono nam zostać na hali, bo zaraz i tak miała wejść reszta fanów, a nam przysługiwało wcześniejsze wejście. Barierki zostały zatem oblepione, ale w efekcie końcowym stałam przy nich. Nie było mi specjalnie wygodnie przez mój plecak, który trzymałam przy nogach przez cały czas, ale inaczej chyba nie wyszedłby z tego żywy. Po Summicie został taki niesmak, że człowiek już nie oczekiwał fajerwerków. A jednak chłopaki dali z siebie wszystko. Koncert był bardzo udany (sporo dobrych zdjęć) i miałam kilka swoich małych momentów: Mike raz złapał mnie za rękę, a Chester dwa razy. Ludzie się pchali i wpychali mnie na barierki, ale bywało gorzej. Dobrze zagrali, widać też, że dobrze się bawili. Jak zwykle wspominali o Summicie, a obie flagi z podpisami uczestników zawisły na keyboardzie Mike'a i konsoli Joe'ego. Pierwszy raz też spotkałam się z wybiegiem na scenie podczas koncertu Linkinów. Ale był bardzo niski, niczego nie zasłaniał, a jedynie wydłużył pierwszy rząd. Stałam z boku po prawej patrząc od widowni, więc widok miałam idealny. Machałam flagą, skakałam i śpiewałam, a potem aż trudno było się pogodzić z końcem mimo ogromnego zmęczenia i obolałych nóg.

Niestety/stety już z samego rana musiałam uciekać do Hamburga zostawiając Arsel smacznie śpiącą w hotelu. Na tej trasie mało spałam, ale czego się nie robi dla ulubionego zespołu?

Chłopaki na scenie. Summit nie należał do udanych, ale koncert dali przedni!

Tradycyjnie zdjęcia z summitu i koncertu znajdziecie na mojej stronie z fotografią koncertową: Concert Corner oraz stronie na Facebooku

25 września 2015

November 2014 - The Hunting Party European Tour

The Hunting Party European Tour 2014 - 6 koncertów.

W czerwcu myślałam, że 3 koncert Linkinów + 1 Marsów w miesiącu to dużo, że szaleję. Ale kiedy ogłoszono zimową trasę po prostu odleciałam. 6 koncertów, 5 miast, 4 kraje. Tym razem jedynie starałam się wszystko załatwić za jednym razem, aby nie musieć latać w te i z powrotem (z Polski za granicę, z powrotem do Polski i dopiero do innego kraju), ale oszczędzić czas i pieniądze przelotami bez powrotów do domu. Kombinowałam z noclegami, trochę zaoszczędzić się udało. Leciałam pierwszy raz z przesiadką i spędziłam tydzień na bagażu podręcznym. Morzna? Morzna!
 
Zaliczone koncerty:
- Amsterdam, Holandia + LPU Summit (trzeci, byłam na wszystkich w Europie)
- Hamburg, Niemcy
- Paryż, Francja
- Berlin, Niemcy (wylosowane m&g)
- Londyn, Anglia
- Londyn, Anglia

Nadal nie wiem, jak ja to zrobiłam. Snu było tyle, co nic, a jeszcze w tygodniu wracałam do pracy, aby zaliczyć jakieś minimum. A do pracy na 7! Latałam, jeździłam, chodziłam, zwiedzałam, a potem jeszcze wieczorami chodziłam na koncerty. TO BYŁO ISTNE SZALEŃSTWO! I powtórzyłabym to bez mrugnięcia okiem.

Światła na scenie były naprawdę imponujące. Zdjęcie z koncertu w Hamburgu.

Live in Warsaw: OneRepublic

Mój drugi koncert i to drugi w Warszawie! Bardzo ich lubię, ale nie jestem pewna, czy chciałoby mi się jeździć za nimi dalej. Na szczęście, nie musiałam! Koncert w Stolycy to zawsze ogromna wygoda. Brak konieczności rezerwowania pociągu/autobusu, noclegu i nie trzeba się martwić powrotem, ani wolnym w pracy. A bilet EE jeszcze pozwala się nigdzie nie spieszyć.

Było zimno, listopad hello! Kolejka zakręcała wokół Torwaru, ale Arsel zaklepała dobre miejsce. Tradycyjnie podstawowym problemem były kurtki, z którymi nigdy  nie wiadomo, co zrobić (minusy zimowych tras). Do szatni już nie chadzam po absolutnym sajgonie po koncercie Placebo. Dlatego zawsze staram się kombinować i wykorzystywać wszelkie znajomości. I tym razem się udało. Okazało się, że z OneRepublic pracuje nasz linkinowy znajomy AJ i spokojnie zostawiłyśmy torby i kurtki na Front of House. A że ludzie biegli jednak do szatni, my spokojnie zaklepałyśmy barierki!


Supportem był zespół KONGOS. Znana mi jest/była tylko jedna piosenka, a mianowicie Come with me now. Ale i tak byłam ciekawa, jak zagrają. Tak rzadko przytrafiają mi się dobre supporty, że naprawdę staram się doceniać je doceniać! A już zwłaszcza jeśli można przy nich poskakać. I tym razem się nie zawiodłam. Chłopaki dali czadu, publika dobrze się bawiła, a potem nawet się okazało się, że niektórzy to specjalnie dla nich przyszli!

Po koncercie gitarzysta po prostu dał mi setlistę. Nigdy dotąd mi się to nie zdarzyło i mimo braku hype'u na zespół postanowiłam ją sobie zatrzymać! Zwykle byłam dla wszystkich niewidoczna, nigdy niczego nie dostawałam, więc taka odmiana była dla mnie miła! I wtedy ktoś zaczął mnie pukać w ramię. Okazało się, że moment wręczenia mi gifta został ogólnie zauważony i kolega stojący za mną był wielkim fanem Kongosów. Zaczął mi o tym opowiadać, a potem szybko przeszedł do żebrania o setlistę. Był na tyle zdesperowany, że chciał mi za nią zapłacić. Nie chciał zaakceptować odmowy, nachalnie próbował mnie przekonać, że musi mieć tę setlistę. Łapał mnie za rękę i prawie się popłakał! Z każdą chwilą coraz bardziej mnie irytował i swoim skomleniem całkowicie pogrzebał szansę na to, abym się zgodziłam. Miałam go dosyć więc z trudem odwróciłam się od niego. Wyszło, jak wyszło, ale żebranie na mnie nie podziałało. Potem jeszcze łapał mnie po koncercie, kiedy wychodziłyśmy z Torwaru, ale na szczęście udało mi się mu uciec.

Jednak zanim to się stało na scenę wyszli jeszcze OneRepublic! Tu ze znajomością piosenek nie było problemu! Słucham ich praktycznie od samego początku. Secrets, All the Right Moves, Apologize, czy wtedy świeże i jedno z moich ulubionych Love Runs Out! Grali same hiciory i to na 140%! A podczas ballad, które zagrali na wybiegu przy oświetleniu podwieszonych, starych żarówek na ogromny ekranie na scenie leciały przepiękne zdjęcia Warszawy! Zapewne ten trik był w każdym z miast, w których grali, ale dało efekt. Aby widzieć, co działo się na scenie musiałam się przekręcić i oprzeć o barierkę. Pierwszy rząd miewa swoje plusy i minusy. Ale bawiłam się fantastycznie! Niby zespół popowy, czasem spotkałam się z szufladką indie, ale czadu potrafią dać! Rozbujali cały Torwar, Ryan skakał na prawo i lewo, potykał się, przewracał i szalał. Nie oszczędzał się i dzięki temu publika odwdzięczała się żywiołową reakcją! Poprzednio, kiedy u nas grali byliśmy dla nich zakończeniem trasy. Tym razem byli na półmetku i energii w nich nie brakowało!

Zdjęcia nie wyszły najlepiej, co widać gołym okiem, ale ten koncert! KONCERT! Był to mój pierwszy na mojej listopadowej trasie i takie początki to ja mogę mieć zawsze! Właściwie to ja na takie koncerty mogę chodzić zawsze.

Po wszystkim poszłyśmy na Front of House do AJ'a po nasze rzeczy. Początkowo miałyśmy zostać z nim, aż wszystko posprząt, ale ochroniarz nie chciał o tym słyszeć i nas wyrzucił. Wyszłyśmy więc przed Torwar i tam poczekałyśmy. Było zimno, robiło się pusto, bo ostatni maruderzy rozeszli się do domów, ale wysłałam od siebie wiadomość, że stoimy pod kasami, bo AJ obiecał, że do nas wyjdzie.


Tylko kim jest AJ?

Nie wszyscy go kojarzą, ale on swojego czasu pracował na stałe z Linkin Park. Był kierownikiem oświetlenia (mogę tak to nazwać? Rozumiecie, o co mi chodzi?) na ich dawnych trasach koncertowych. Z tego, co mówił pracował z nimi od samego początku przez jakieś 10 lat. Zaprojektował całe show podczas trasy w 2010 roku. I tak go poznałyśmy, w Berlinie, po koncercie. Było okropnie duszno (w środku hali, bo jednak to był październik), a ja przyuważyłam u niego butelki z wodą. Szybka męska decyzja i padła prośba o podzielenie się. Z początku nie chciał, bo jak oznajmił w tej, co stoi obok niego jest za dużo jego śliny. Ale się zlitował i dał nam nową, nieotwartą. A potem z kieszeni wyciągnął kostki gitarowe i nam je podarował. Niby nic, a jednak go zapamiętałyśmy. Jakieś 2 tygodnie później wróciłyśmy na trasę do Londynu. Tradycyjnie koncert się wyprzedał i zorganizowano drugi, dzień wcześniej. Udało nam się załapać na oba. Pierwszego dnia zamiast z biletami wchodziłyśmy, jako wolontariuszki Music for Relief. Ominął nas w ten sposób support oraz możliwość stania pod sceną, ale z drugiej strony wejście nas nic nie kosztowało! Po zrobieniu swojego i zebraniu niewielkich datków na rzecz organizacji, Hugo (bo wtedy pracował z nimi Hugo, złoty człowiek!) wprowadził nas na płytę Areny. To było zaraz przed wyjściem Linkin Park, więc ludzi pełno! Nie bardzo miałyśmy, co zrobić ze sobą, a także ze swoimi kurtkami i torbami. Postanowiłyśmy więc zaryzykować i zagadać właśnie do AJ'a. O dziwo nas poznał! I wpuścił na Front of House! Był on dość duży, miejsca nie brakowało. Spokojnie położyłyśmy sobie nasze rzeczy i cały koncert spędziłyśmy oddzielone od reszty publiczności! Co prawda nie było to najbliżej sceny, ale nikt się na nas nie pchał, nikt nam nie zasłaniał. Mogłyśmy spokojnie robić zdjęcia i nagrywać filmiki. To było ciekawe doświadczenie i wszystko zawdzięczałyśmy AJ'owi.

Najlepsze zdjęcie z koncertu, jak zwykle: zrobione przez przypadek. Do tego akurat mam szczęście!
Po tej trasie mój kontakt z nim się urwał, ale Arsel obrotna, jak zawsze zadbała o to, aby wiedzieć, co i jak. Przed koncertem One Republic zgadała się z nim i dlatego w Warszawie mogłyśmy spokojnie zostawić u niego swoje rzeczy, a po koncercie pogadać.

To była dziwna rozmowa. AJ chyba mnie pamiętał (Arsel twierdzi, że tak). Z początku gadaliśmy o wszystkim i o niczym, a potem naturalnie zeszliśmy na temat Linkin Park. AJ rzucał jakimiś hasłami, wspominkami z ich współpracy, a potem trochę pękł i wylał na nas swoje 10cioletnie żale. Nie wiem, w sumie czemu to zrobił. Doskonale wiedział, że nadal jeździmy za Linkinami, ba! Że po OneRepublic mamy przed sobą kawałek ich trasy. A jednak zaczął nam opowiadać różne anegdotki i swoje wrażenia. Głównie negatywne. Ja nigdy nie twierdziłam, że zespół jest idealny i nieskazitelny. Wręcz przeciwnie. Jestem daleka od wychwalania ich pod niebiosa i tłumaczenia każdego ich błędu czy pomyłki. Jednak słuchanie opowieści zza kulis z perspektywy rozżalonego, byłego pracownika było bolesne. Pogoda nie dopisywała i mózg mi trochę zamarzł, więc wiele rzeczy dotarło do mnie po czasie, kiedy byłam już w domu. I trochę mnie to dobiło. Nie powinno! A jednak takie informacje nie mogą przejść obok Ciebie obojętnie. NIE BĘDĘ PRZYTACZAĆ TEGO, CO AJ OPOWIADAŁ! Z dwóch powodów. Po pierwsze, to była prywatna rozmowa, prawdopodobnie mimo żalu i nierozwiązanych spraw, AJ nie chciałby, aby to poszło w eter. Po drugie, nie będę Wam psuć frajdy. Mnie już przeszło i pogodziłam się z faktami. Nie moja w tym głowa, abyście i Wy poznawali kulisy pracy z chłopakami. Poza tym zawsze jest opcja, że wszystko zostało wyolbrzymione i przerysowane. Kiedy człowiek jest zły widzi wszystko w innym świetle i potem może wiele rzeczy przeinaczać. Pewne jest tylko to, że współpraca z Linkin Park nie zakończyła się w przyjaźni, ale wszyscy żyją!

Następnego dnia miałam kaca moralnego po takich plotach i byłam mega niewyspana. Kolejnym razem albo siedzimy do rana i nie idziemy do pracy, albo sobie darujemy i uciekamy do domu zaraz po włączeniu świateł...

9 września 2015

Artifact Screening: Kraków

Pierwotnie pokaz filmu Artifact miał się odbyć w Rybniku tak samo, jak koncert. Jeśli dobrze pamiętam to dzień wcześniej.  Z niewiadomych jednak powodów na gwałt zmienili datę i miejsce. Przenieśli wszystko do Krakowa, na dzień po koncercie, do Kina po Baranami. Porozsyłali do wszystkich maila, czy dalej są zainteresowani, bo jednak tego typu manipulacje zawsze mogę psuć komuś plany. Mnie oczywiście nie było to do końca na rękę, bo musiałam na żądanie wziąć dodatkowy dzień urlopu, bo z góry wiedziałam, że nie wrócę zaraz po projekcji (PKP I love you). Dodatkowo siedząc w McDonaldzie na dworcu, jeszcze w Warszawie przed podróżą do Rybnika, szukałam noclegu na jedną noc, bo musiałam się przecież gdzieś podziać (nocleg u koleżanki tym razem nie wchodził w grę). Zależało mi na tym spotkaniu i nie miałam zamiaru rezygnować mimo tragicznej organizacji (po raz n-ty).

Sam film Artifact już znałam. Oglądałam go podczas online'owego streamu na VyRT z Jaredem. Jednak możliwość zobaczenia go na dużym ekranie oraz spotkanie już z samym reżyserem oraz zdjęcie z nim to zupełnie inna para kaloszy. Udało mi się także zakupić bilet na tę atrakcję jako pierwsza z 50 osób i dostałam DVD z autografem! Szkoda, że owy podpis jest na okładce pudełka, a nie na papierowej wkładce, bo trochę się rozmazał, ale liczy się! 

Laski w natarciu. Gdzie ci faceci? Widzicie mnie?
Nie wiem, czy bilety były wyprzedane, ale osób przyszło sporo. Głównie dziewczyny. Najpierw weszli ludzie z biletami na spotkanie, aby móc zająć najlepsze miejsca, a potem cała reszta. Posadzili nas w średniej wielkości salce i po tradycyjnym przedstawieniu zasad puścili film. O dziwo okazało się, że zrobili do niego polskie napisy i to nawet bez błędów. O ile nie było to niezbędne (przynajmniej dla mnie) to ułatwiało takie sytuacje, w których ktoś na filmie rozmawiał przez telefon, a głos po drugiej stronie naturalnie brzmiał, jak trzaski z wiadomości nadaje przez obcych. Takich scen nie brakowało, bo okazało się, że Jared to gaduła i często pokazali jego rozmowy z prawnikami i znajomymi. 

Film nie jest jakiś rewelacyjny. Opowiada o tym, jak pewnego dnia zespół zostaje pozwany przez swoją wytwórnię fonograficzną na 20 milionów dolarów. Zostają postawieni przed faktem, że wiszą im grubą kasę mimo nagrywania, koncertowania i sprzedawania płyt. Jest tam to dokładnie wytłumaczone, dlaczego w ogóle dopuścili do takiej sytuacji, a raczej dlaczego dali się w nią wrobić. Ma to związek ze skomplikowaną formą podpisywania umów i tego, że każdy kto się na taki krok zdecyduje z góry jest winny wytwórni pieniądze. Ktoś, kto dopiero zaczyna jest naturalnie postawiony między podpisaniem czegokolwiek, a dalszym graniem w garażu. O ile jest to z góry zapisane między tysiącami paragrafów, to jest to nieuczciwe, bo przyszły artysta nie jest o tym informowany ani uprzedzany. A kiedy wytwórnia stwierdzi, że wydała na niego już dość pieniędzy, chce je z powrotem. I nieistotna jest liczba sprzedanych płyt, bo kwota jaką za nie zarobiono zawsze będzie dużo mniejsza niż ta, jaką żąda wytwórnia. Marsi wydają się zespołem dobrze prosperującym, ale jednak 20 milionów długu to kwota wręcz niebotyczna. Przez cały film widzimy ich zmagania najpierw z tą informacją, wytwórnią, własnymi emocjami. Wszystko dąży do tego, by pokazać, jak w końcu sobie z tym poradzili i co zrobili. A efektem tej walki jest płyta This is War.

Dowód zbrodni. Ah te jego paskudne włosy...
Po projekcji wyproszono ludzi, którzy mieli tańsze bilety, jedynie na sam film. A zaraz potem przyszedł Jared. Usiadł na przeciwko wszystkich, rozsiadł się wygodnie i od razu rzuciło mu się w oczy, że na sali są same dziewczyny. Opowiadał o filmie, o tym jak powstawał i dlaczego. O swoim pobycie w Krakowie, w Polsce. Zdziwił go widok bardzo wielu zakonnic, zwiedził kilka kościołów, co natychmiast pobudziło pytania o Church of Mars w Polsce. Tłumaczył, że chętnie by się tego podjął, ale do tego potrzebne jest pozwolenie, a i dobra akustyka! Dalszym pytaniom, na wszystkie tematy po kolei nie było końca. Aż sam Jared zdziwiony zapytał, czy to taki polski zwyczaj! Ale samo spotkanie było bardzo przyjemne. Trwało długo, widać było, że nikomu nigdzie się nie spieszyło, a i nie tylko widownia dobrze się bawiła. Po sesji pytań i odpowiedzi przyszła pora na zdjęcia, które tradycyjnie były na taśmociągu,ale przynajmniej wyszły ładnie. Najpierw każdy po kolei wychodził na korytarz, gdzie czekało się na koniec wszystkich zdjęć. Potem Jared zmył się, nam pozwolono zabrać swoje rzeczy z kina, a przed wyjściem można było odebrać swoją kopię filmu na DVD.

Z kina wyszłam dopiero po 23. Cała projekcja i spotkanie zajęły jednak trochę czasu. O powrocie do domu nie było mowy. Szybko zawinęłam się do hotelu i dopiero rano zebrałam do Warszawy.

18 sierpnia 2015

June 2014: Mars in Rybnik

Po ostatnim występie Marsów w Warszawie musiałam wrzucić na luz, bo jednak wszelkie zmiany, jakie zaszły zmieniły całkowicie wygląd koncertów, czy m&g. Nawet szczególnie nie planowałam znowu się na nich wybrać. Ciśnienia nie było, ale w sumie nie oszukujmy się: Jak Jaredy są w Polsce, to mnie tam nie zabraknie. Na razie odpuszczam sobie wyjazdy zagraniczne, no chyba, że znowu podarują mi za darmo m&g to wtedy zawsze mogę gdzieś się przejechać. Jednak mimo wszystko polskie koncerty uważam, za pewniaki.

Po porażce na Impacie nie planowałam już nic specjalnego. Żadnych giftów, bo jednak brak możliwości nawet wręczenie go do rąk własnych zabiera dużą część radości z dawania tych giftów. Kiedy w Hamburgu lub w Łodzi mogłam dać coś od siebie, z ręki do ręki, osobiście i zobaczyć minę Jared, Shannona czy Tomo, a nawet jeszcze zamienić dwa słowa to miało sens. Nawet dużo sensu! Teraz ro przepadło tak, jak mój prezent dla Jareda, choć powiedział, że go widział i był piękny. To jednak nie to samo i póki nic się nie zmieni, nie będę nic kupować, robić ani rysować (bo i takie przypadki były).

W Rybniku byłam pierwszy raz przy okazji koncertu Bryana Adamsa. Uwielbiam go i nie mogłam sobie tego odpuścić. Byłam tylko zdziwiona, że taka gwiazda, takiego formatu gra w... Rybniku. Dojazd słaby, metropolia to żadna, a stadion też do największych nie należy. Ale uparłam się i pojechałam. Koncert był cudowny, a ja wyjechałam stamtąd z poczuciem, że pewnie nigdy więcej do tej dziury nie zajadę.

Jezus na scenie w pełnej chwale i okazałości.

Ogłoszenie Marsów w Rybniku oczywiście mnie otrzeźwiło, że jednak nie uwolnię się od tego miejsca i prawdopodobnie warto by było zapamiętać dobre miejscówki, hotele, dojazdy, bo jest szansa, że będę tam częściej wracać. Kupno biletu to była zwykła formalność. Szybko też zorientowałam się, że moje koleżanki też jadą, zatem ekipa zbierała się zacna. M&g nie miało być już takie, jak kiedyś, ale z drugiej strony czemu nie wyciągnąć z tego, co najlepsze?

Zaraz po ogłoszeniu wyszło, że na koncercie zabraknie Shannona. Według internetów został zatrzymany za jazdę po pijaku i dostał zakaz wyjazdu ze Stanów. To przyczyniło się do jego nieobecność na reszcie koncertów na trasie. Wszystkie zdjęcie ze spotkań były wybrakowane, podczas show zastępował go (chyba?) technik, a secna była wyjątkowo pusta z braku perkusji, więc Jared przez większość czasu stał z prawej strony (patrząc od publiczności), aby całą uwagę skupić na swojej brodzie i włosach. To samo czekało nas, ale nie zniechęciło to fanów. Przyjechali tłumnie, a Goldeny (dawniej tak się właśnie nazywały bilet z m&g. Trudno zmienić przyzwyczajenia) tradycyjnie się wyprzedały.

Przed koncertem miał się odbyć pokaz filmu dokumentalnego Artifact. Działo się tak w wielu krajach, w których akurat koncertowali, a w Polsce ani trochę mnie to nie zaskoczyło: Nadal jest to jeden z najpopularniejszych zespołów w naszym kraju, czy to się komuś podoba czy nie. A i oni sami zakochali się w swoich polskich fanach już podczas pierwszej wizyty w Krakowie na Coke Live Music Festival w 2010 roku. Niestety w ostatniej chwili zmienili organizację i przenieśli wszystko na dzień po koncercie i to do Krakowa. Porządnie pokrzyżowało mi to plany, ale bilet był kupiony: Nie ma opcji. Najpierw więc czekał mnie koncert.

Jak tylko dotarłam pod stadion już było opóźnienie. Bo bez opóźnienia nie ma koncertu, nigdy tego nie zapominajcie. Znalazłam swoje laski i grzecznie czekałyśmy w kolejce, która tradycyjnie była przepełniona dziewczynkami. Czekanie się przedłużało więc próbowałyśmy zapełnić sobie czas. Razem z Gosią, jedną z moich cudownych znajomych, usiadłyśmy z boku, na schodkach. Przyuważyła nas dziennikarka z Dziennika Zachodniego i przeprowadziła z nami krótki wywiad, który choć nie ukazał się w tej formie, jest na ich stronie wraz z naszym zdjęciem. A nawet specjalnie się nie wyróżniałyśmy. Zaliczyłyśmy jednak fejma i dzięki temu dzień zaczął się dobrze.

Włosie w zbliżeniu. Bezdomny Jezus w natarciu!

Kiedy zaczęli wpuszczać robił się mały ścisk, ale to też chyba taka norma, co nie? Przepuścili nas na stadion bocznym wejściem, zebrali do kupy i zaczęły się absolutne jaja. Przede wszystkim trafiliśmy na górę trybun, z których bez problemów było widać scenę. Nic nadzwyczajnego, powiedział normalny człowiek. Niestety okazało się, że przed całym spotkanie miał też być sound check, naturalnie biletowany. Ludzie, którzy mogli na niego pójść dostali dodatkowe bransoletki i ustawili się z jednej strony, aby nie robić zamieszania. Które zaczęło się natychmiast po tym, jak ochroniarze kazali im zejść na dół, pod scenę. W tym momencie cała reszta stała się dla nich intruzami, którzy pod żadnym pozorem nie mogę uczestniczyć w próbie. Ale jak to osiągnąć? Wszyscy staliśmy na górze, scena przed nami, a zespół zaczął grać. Dziewczyny podeszły do ogrodzenia i robiły zdjęcia, nagrywały filmiki. Bo czemu nie? I tak zespół niczym mrówki biegał w tle. Nie spodobało się to, więc zaczęto nas stamtąd przeganiać. Stanęliśmy więc bliżej wejścia. Okazało się to niewystarczające, nadal było widać scenę. Przegnano nas więc jeszcze dalej, na bok, gdzie stał namiot z kawą. Namiot miał nam wszystko zasłaniać. Niech no tylko ktoś spróbował podejrzeć, zaraz podchodził jakiś dryblas i darł ryja, że ma się odsunąć. Było to tak żałosne, że gdybym sama tam nie stała, nie uwierzyłabym. Całkowity brak organizacji. Szkoda, że nas jeszcze nie wyrzucono ze stadionu i nie kazano zatkać uszu. W sumie... bardzo by mnie to już nie zdziwiło.

Udało nam się jednak nie umrzeć ze śmiechu i po sound checku wpuszczono nas również pod scenę, gdzie miało odbywać się m&g. Już się ludzie porozsiadali, więc bitwa o miejsca najbliżej Jareda została z góry przegrana. Razem z koleżankami stanęłyśmy z boku po prawej. Wyszła Reni, przedstawiła zasady i uszczuplony zespół przyszedł. Jared schowany za kurtyną włosów, brody i okularów zagadywał młode fanki, a Tomo tradycyjnie śmiał się, jak opętany. Pytania padały z obu stron, od nas i od nich. Leto obserwował, jak ludzie byli poubierani i zaczepiał niektórych, dopytując lub chwaląc wybór. Jedna z dziewczyn miała na koszulce jego zdjęcie zrobione przez Terry'ego Richardsona i natychmiast rzucił w swoim zwyczaju: Uncle Terry! To było akurat dokładnie w tym momencie, kiedy media rozpisywały się o skandalu z nim związanym. Jared zaczął go bronić i twierdzić, że ludzie mówią o nim obrzydliwe rzeczy. Opowiadał, że robi on takie zdjęcie, bo ludzie czują się przy nim komfortowo. Odniosłam wrażenie, że byłam jedyną osobą, którą to zniesmaczyło. A kiedy zapytał, kto z nas lubi Terry'ego krzyknęłam: NIE! Niestety przez niego nie zostałam usłyszana. Tylko Brytyjka stojąca przede mną obejrzała się na mnie, jak na idiotkę. Szkoda. Ciekawe, jak to jest się kłócić z Jezusem?

Po jeszcze paru łzach w oczach tylko dlatego, że Jared rozpoznał cię z youtube'a zgarnięto nas w gigantyczną kolejkę do autografów i zdjęć. Podpisy odbyły się na taśmociągu, przy czym w końcu znieśli zasadę, że można je dostać tylko na płycie lub gadżetach otrzymanych w ramach biletu. Kiedy w Warszawie oznajmili, że nie mogę nawet im dać swojego zdjęcia ze starego m&g do podpisania, coś we mnie pękło. Tylko co z tego, skoro powiedzieli o tym już na samym spotkaniu? Przy sobie miałam płytę Love, Lust, Faith and Dreams, nawet nie brałam nic innego. No i teraz mam tylko dwa podpisy, jakimś cudem kiedyś muszę wydębić trzeci, bo łyso.

Niestety nie było okazji nawet pogadać. Do zdjęcia człowiek wręcz biegł, aby nie daj Boże przez przypadek stał z zespołem dłużej niż ustawa przewiduje. Udało mi się tylko szybko zapytać Jareda, jak mu się podobają moje tatuaże. Ogólnie: Jared approves. Tomo za to zachwycił się moim kapeluszem. +10 do zajebistości. I tyle, bo już mnie odganiali, jak natrętną muchę. A potem zespół sobie poszedł. Na szczęście pozwolono nam zostać już na płycie, więc udało nam się zaklepać niezłe barierki.

Zdjęcie z 20 Seconds to Mars. O dziwo wyszłam przyzwoicie, rzadkość!

Sam koncert był dobry. Mimo braku Shannona udało im się porządnie zagrać, publiczność dopisała, mimo klasycznego echelonu wrzeszczącego: NAPIERDALAĆ! Oczywiście nic nie przebije występów w Łodzi, bo to były złote i diamentowe czasy. Takich koncertów, jak wtedy grali to już nie ma. Okroili show i wizualnie i muzycznie. Coraz rzadziej grają stare piosenki, choć From Yesterday jeszcze im wychodzi. Ale kontakt z publicznością był, ścisk był, Jared był. Wypad uznaję za udany, a czas spędzony z dziewczynami za bezcenny!

Zdjęć w sumie niewiele mam, nie wrzucałam więcej niż te dwa na górze. Są filmiki, zapraszam na youtube'a. Zdjęcie z zespołem mi się podoba, w końcu sama wyglądam, jak człowiek. Szkoda, że Jareda prawie na nim nie ma, nie mówiąc o jego bracie. Jak dotąd nikt nie skomentował rewelacji odnośnie pijanego Shannego, ale w sumie milczenie też bywa wymowne. Miejmy nadzieję, że już poszedł po rozum do głowy.

17 sierpnia 2015

June 2014: Download Festival

Bardzo często i gęsto zaznaczam, że nie lubię festiwali. Zawsze gra na nich JEDEN zespół, czy wykonawca, który mnie interesuje i często jest headlinerem, lub gra prosto przed nim. Co za tym idzie, trzeba czekać cały dzień, aby usłyszeć tego, na kogo się przyszło. Dlatego zazwyczaj starałam się je omijać, choć nie zawsze się udawało (Coke Live Festival w 2010, kiedy to Marsy przyjechały pierwszy raz do Polski, Orange w 2012 z Linkin Park, Impact Fest 2013 znowu dla Marsów). Z drugiej jednak strony istnieją festiwale, o których marzę z różnych powodów, np. Rock am Ring. Na niego jeszcze nigdy nie udało mi się wybrać, ale nadal się łudzę, że już za rok! I choć co roku jest to samo, to nigdy nie wybierałam się na Download, a w 2014 bez zastanowienia kupiłam bilet!

Najbardziej przekonało mnie to, że headlinerem drugiego dnia miało być Linkin Park. Atmosferę podgrzali dodatkowo, kiedy ogłosili, że mają zagrać w całości swój pierwszy album Hybrid Theory. Niewątpliwie zapowiadało się wydarzenie, którego nie wolno przegapić. Wszyscy się podniecali i wirtualnie jechali, ale ja byłam na 140% pewna, że tego nie pozwolę sobie ominąć. RaR umyka mi o włos z każdym rokiem na nowo, ale Download okazał się wręcz obowiązkowym wydarzeniem w moim kalendarzu. Długo szukałam hotelu, bo jak zwykle wszystko miało miejsce daleko od jakiegokolwiek miasta. Potem z niego zrezygnowałam, bo odgrzebałam inny, prosto przy parku Donington, a jednak zależało mi na tym, aby nocować, jak najbliżej. Potem już tylko czekałam, aż łaskawie wyślą mi bilet i mogłam lecieć.

Wzięłam jedną. A co?
Tak naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Festiwal, jak festiwal. Co prawda dotąd znałam tylko polskie, ale niby czemu miałby się wiele od nich różnić?

No zapewne właśnie dlatego, że nie był organizowany w Polsce. W tym momencie to powinno wszyscy wyjaśniać. Hotel miałam tak blisko, że zrobiłam 2 kroki i byłam w parku. Musiałam tylko przejść przez parking, minąć pole namiotowe i znalazłam się przed głównym wejściem. Wejściem, które było ogromną, metalową bramą z ekranem wyświetlającym wszystkie najważniejsze informacje. Dopóki nie weszłam na teren festiwalu nie zdawałam sobie sprawy, jak wielki teren on zajmuje. Niby w rozpisce zawsze jest info o zespołach i scenach, ale dopóki się samemu tego nie zobaczy na własne oczy, to ciężko to sobie wyobrazić. To był drugie dzień, jeszcze wcześnie i jasno. Ale ogrom ludzi, jaki stanął mi przed oczami przerósł moje najśmielsze wyobrażenia. Może przesadzam, może bywa lepiej, a mnie po prostu tam nie było. Ale dla mnie efekt był i przez chwilę czułam się przytłoczona. Nawet zapomniałam, ile czekania przede mną, zanim Linkin Park wyjdzie na scenę. Czas umiliłam sobie małymi zakupami. Wokół całego terenu były rozstawione najróżniejsze stoiska z ciuchami, jedzeniem (groteskowy widok: budka z wegańskim jedzeniem pomiędzy dwoma z burgerami) i gadżetami. Znalazłam między innymi Iron Fist, gdzie akurat odbywała się przecena i udało mi się kupić portfel za 10funtów (cena wyjściowa: 50!). Było też dużo butów, koszulek i flag z zespołami, sukienek, peruk, śmiesznych czapek itp. Zatrzęsienie! Nic tylko pieniądze wydawać!

Jak się z tego wszystkiego otrząsnęłam zgarnęłam Bajtaka i poszliśmy coś zjeść. Oboje dostaliśmy się na m&g, więc pchanie się pod scenę nie miało sensu. Na tę okazję specjalnie przywiozłam ze sobą kasetę magnetofonową Hybrid Theory do podpisania! Uznałam, że z racji rocznicy wiele osób przyniesie ze sobą jakieś wydanie HT. Kasetę miałam tylko ja! Odnaleźliśmy miejsce zbiórki i spotkałam kilku znajomych z Niemiec, czy Anglii. Było miło, a kiedy przyszła Missy od razu mnie poznała z Wrocławia i Mediolanu (zapomniałam wcześniej wspomnieć! Rozpoznają mnie!)! Rozmawiałyśmy tylko chwilę, ale jakimś cudem mnie zapamiętała. Niestety spotkanie z zespołem odbywało się w trakcie koncertu Fall out Boy, więc oglądałam ich całkiem z boku i nie przez cały czas, bo pod koniec nas zgarnięto i wyprowadzono za kulisy (szliśmy prawie, że pod sceną!). Chociaż nie przeszkadzało mi to w podśpiewywaniu sobie My songs know what you did in the dark!

Główna scena. Obok była druga, a ogólnie 5...
Na samym spotkaniu było sporo osób, z różnych miejsc i krajów. Ustawili nas pod ogrodzeniem, wszystko odbywało się nadal na świeżym powietrzu. Nikt nie zamknął nas w jakimś baraku, jak to bywało przy okazji Marsów... Missy próbowała wyłuszczyć nam zasady, ale ciągle jej przeszkadzano, więc atmosfera była bardzo przyjemna. Wszędzie ciągle kręcili się jacyś ludzie, więc nikt nawet nie zauważył jak i skąd wziął się Joe! Po prostu zmaterializował się w tłumie i zaczął dosyć chaotycznie rozdawać autografy. Ci, co go dostrzegli podeszli bliżej, ale ścisk wielki się nie zrobił. Mi też udało się szybko dostać parafkę zanim Mr. Hahn uciekł. Takie zamieszanie powstało, że nie zauważono, jak reszta zespołu zaczęła się schodzić. Ludzie jeszcze łapią Joe'ego na podpis, a reszta już ustawia się do zdjęcia! Raz-dwa i po krzyku. Wszyscy chcieli stać jak najbliżej zespołu, ale fizycznie się nie da! Zatem, jak było po fakcie rozstawiono nas dookoła "pod ścianą", a chłopaki zaczęły rozdawać autografy.

To było moje pierwsze m&g na nowych zasadach, tj. ludzie stoją dookoła, a każdy członek zespołu podchodzi indywidualnie, podpisuje co mu tam dadzą i ewentualnie zamienia parę słów. Dotąd zawsze zespół siedział sobie przy stole, a wszyscy przechodzili obok i dostawali parafki. Osobiście jestem zadowolona ze zmian. Wiadomo, że na wielkie i wielotematyczne konwersacje i tak nie ma się czasu, a jednak jest szansa pogadać z każdym z osobna. Stanowczo nie narzekam i żałuję, że Marsy z tego zrezygnowały.

Na wstępie naturalnie po raz setny uprzedzono nas, że absolutnie nie wolno mieć przy sobie telefonu, a już tym bardziej aparatu fotograficznego. Zdjęcia są całkowicie zakazane podczas całego m&g, a już bezwzględnie nie wolno prosić zespołu o selfie, ani pozowanie do zdjęć, bo to zabiera czas, czy możliwość innym porozmawiania ze swoimi idolami. Dodatkowo naprawdę nie jest potrzebne, bo podczas całego spotkania będą robione zdjęcia i na pewno każdy się na nich znajdzie. Bardzo się przejęłam.

Żarty z Missy! Wkurzała się, że nie wie, o co chodzi!
M&g się zaczęło i Joe mimo wtargnięcia w publikę jeszcze się kręcił, jak zwykle pozbawiony większego zainteresowania, co dzieje się dookoła. Nawet nie liczyłam, że uda mi się go zaczepić, więc czekałam na resztę. A oni po swojemu rozeszli się dookoła i nawet nie zamierzali się przejmować, że zaczęli chodzić po ludziach z dwóch stron, w przeciwnych kierunkach. Pierwszy dobił do nas Phoenix. Zawsze dobrze go pamiętałam ze spotkań. Chętny do pogaduszek, często sam zagaduje. Bez słowa zgodził się na zdjęcia z Bajtakiem, a potem ze mną! W tym momencie trzeba zaznaczyć, że ja na coś takiego czekałam ponad 10 lat, więc emocje rosły wraz z każdym kolejnym członkiem zespołu! Niestety Brad przybrał zbyt szybką prędkość i mi nie udało się zrobić z nim zdjęcia, w przeciwieństwie do Bartka. Chociaż fakt, też nie miał żadnych pretensji, a nawet bardzo ładnie się uśmiechnął. Cały czas naturalnie musiałam pilnować telefonu, ale o dziwo nie przy zespole. Missy, ochroniarze chcieli mi po łapach dawać, ale obeszło się bez rękoczynów!

Przy okazji zobaczyłam Megumi, która też cały czas kręciła się dookoła. Pierwszy raz miałam okazję ją spotkać na LPU Summicie w Hamburgu. Jak to ja, kiedy tylko zorientowałam się, że jest Japonką zagadałam do niej. Wspomniałam o swoich studiach, a ona opowiedziała mi, jak trafiła de ekipy Linkin Park: pracowała, jako tłumacz japońskiego i nie planowałam drastycznych zmian. Jej tata jednak pracuje przy zespołach i załatwił jej fuchę przy Backstreet Boys. Stąd szybko trafiła do Linkinów i trochę już to trwało. Była bardzo miła, a że nikt inny jej nie zaczepiał, udało się chwilę porozmawiać. Ja naturalnie ją zapamiętałam, więc zaraz do niej zagadałam. Niestety, mimo przytoczenia całej naszej rozmowy nie pamiętała mnie. Zgodziła się jednak na wspólne zdjęcie. Potem uciekła, a ja wróciłam do swojego zadania, bo nadchodził Rob! Sądząc po fotkach, o czymś z nim rozmawiałam, ale nie pamiętam o czym. O la boga. Oto kara za niepisanie na bieżąco, prosto po koncercie. Wiem tylko, że mamy wspólne zdjęcie i jestem z niego bardzo zadowolona. Nie udało mi się wydębić takich rarytasów, jak Bajtak, tj. pałeczek do perkusji i jeszcze dostać na nich autograf, ale kto wie, co będzie następnym razem? I tak już to m&g należało do najlepszych, jakie dotąd zaliczyłam. A planowałam je jeszcze polepszyć.

Nielegalne zdjęcia m&g'owe. Grozili mi zabraniem telefonu, ale było warto!
Na horyzoncie zaczął pojawiać się Mike. Nastąpiła absolutna mobilizacja, bo zdjęcie z nim to jedno z moich większych marzeń i czekałam na nie pisiont miljonów lat. Plan był prosty, jak słońce: Oddaję telefon Bajtakowi, zagaduję Shinodę, proszę o zdjęcie i wszystko twa pół sekundy, nikt się nie skapnie! Ale oczywiście się zagadałam! Ze stresu trochę mi się język plątał i angielski podupadł, ale chyba mnie rozumiano. Przede wszystkim zapytałam o flagę z keyboardu z Wrocławia, bo jej brak był aż nadto widoczny. Mike z rozbrajającą szczerością rzucił: A to nie było żadnej? Nawet nie zauważyłem... Nie dałam się zbić z tropu i drążyłam temat. Usłyszałam więc, że winny temu wszystkiemu jest koleś z ich ekipy i nawet wskazał mi go palcem. Mówiłam też, że jestem z linkinpark.pl więc podziękował nam za wszystko. Coś jeszcze musiałam mówić, bo jak odchodził do innych osób dalej rozmawiał ze mną, ale nie te lata, już nie pamiętam. W głowie mam tylko to, że paplałam w miarę zrozumiale, a on mi odpowiadał. W OSTATNIEJ CHWILI POPROSIŁAM O ZDJĘCIE! Moje marzenie miało się spełnić, bo Mike nie miał absolutnie nic przeciwko. Nawet odważyłam się go objąć i w ogóle. Niestety zdjęcie(a) nie wyszły. Albo tylko ja się uśmiecham, albo tylko Mike, albo są poruszone, albo nieostre. Do dzisiaj obwiniam za to swojego fotografa, bo doskonale wiedział, jak mi zależy, a w ostatniej chwili nawet nie chciał wziąć mojego telefonu i wszystko zrobił swoim, choć sam przyznał: Ma opóźniony zapłon i dlatego czasami zdjęcia nie wychodzą. No cóż, mówi się trudno. W sumie ważne, że się przemogłam. A skoro było pierwsze zdjęcie będzie i drugie i trzecie.

Chester długo zwlekał z podejściem, bo na dość długo zatrzymał się przy jednym chłopcu, który wyglądał na chorego. Zawzięcie o czymś rozmawiali, Missy ciągle robiła im zdjęcia. Jak tylko stanął przede mną od razu przedstawiłam się jako przedstawicielka (trololo) polskiej strony i zaczynałam swoją gadkę. Reakcja Chestera na naszą flagę już była zupełnie inna. Od razu zaczął opowiadać, jak bardzo mu się podobała. Tyle podpisów zebranych, które wyglądały absolutnie fantastycznie. I ten żołnierz nawiązujący do polskiej historii. Był całkowicie zachwycony i bardzo dziękował, że coś takiego zrobiliśmy. Było to niesamowicie miłe zważywszy na wszystko, co się działo wokół naszej nieszczęsnej flagi. Niestety zrobienie sobie z nim zdjęcia było niemożliwe, bo pan Bennington jako jedyny miał swojego osobistego ochroniarza, który skrupulatnie pilnował aby nikt niczego nie próbował. Ale mimo wszystko spotkanie było niesamowicie udane!

Jeśli chodzi o zdjęcia z zespołem to zapraszam na mojego instagrama. Spoiler alert: Tam są już wszystkie zdjęcia, nie tylko z Downloada.

Nielegalnych zdjęć ciąg dalszy. Najlepsze na koniec. Mike cały czas ze mną rozmawiał, jak mu strzelałam sesję!
Po m&g szybko przegonili nas zza kulis i wypuścili do tłumu. Który był ogromny, gigantyczny, a do koncertu zostało jakieś 15-20 minut więc wpychanie się gdziekolwiek było ryzykowne. Ale mój towarzysz uważał inaczej. Zaczęliśmy przeciskać tak blisko, jak tylko możliwe. Wyszliśmy do publiki z boku sceny, gdzie stało dużo mniej ludzi niż po środku. Ktoś akurat szedł w tłum, więc zrobiliśmy wężyka i poszliśmy za nim. Inni skopiowali pomysł i szli za nami, krzycząc: IDŹCIE ZA DZIEWCZYNĄ Z BIAŁYMI WŁOSAMI! I tym sposobem udało nam się nawet zobaczyć scenę. Widok był przyzwoity, zostaliśmy. A kiedy koncert się zaczął ludzie oszaleli.

Nigdy nie miałam okazji być na koncercie Linkin Park za czasów Hybrid Theory, czy nawet Meteory. Ten koncert miał swojego rodzaju nadrobieniem tychże zaległości. Zagranie pierwszej płyty w całości miało mi to w ułamku procenta zrekompensować oraz pomóc nadrobić braki. Byłam nawet ciekawa, jak zostanie ułożona zatem setlita, skoro musiały się na niej pojawić wszystkie piosenki z HT. Okazało się, że zespół postanowił zagrać płytę od początku do końca, dokładnie tak, jak została nagrana. I choć kiedy się to czyta brzmi to monotonnie to efekt był. Człowiek miał okazję usłyszeć WSZYSTKIE piosenki na żywo, niektóre pierwszy raz w życiu. Czuło się ogromne emocje na widowni, bo wiele osób było w takiej samej sytuacji, jak ja. Skakałam przez cały czas i nie mogłam uwierzyć to, co się działo! Zabawa była cudowna! Kiedy skończyły się klasyki zespół wrócił do normalnego setu. Grali, wtedy jeszcze nowe, piosenki z The Hunting Party i wiele innych. Ludzie skakali, ciągle w łeb od panów za sobą dostawałam, Bajtak gdzieś przepadł, a koncert był mega. Jeden z lepszych to nie podlega wątpliwości. Jestem strasznie zadowolona, że poleciałam, chociażby dla cudownego m&g i pierwszych zdjęć ever z zespołem! Chociaż byłam zawiedziona, że żaden z nich nie zwrócił uwagę na moją kasetę..

15 czerwca 2015

June 2014: Milan

Gdyby nie Linkin Park nie wiem w sumie, czy bym tyle podróżowała. Czy zdobyłabym się na odwagę? Czy chciałoby mi się z domu ruszyć? To jednak nie jest to samo, przynajmniej dla mnie: pojechać gdzieś zwiedzać obce światy, a pojechać za granicę na koncert. Brzmi absurdalnie, ale to te koncerty napędzają moją chęć poznawania świata. Zawsze przy okazji, zawsze przez przypadek, a bo już jestem, to czemu nie. Oczywiście te dwie rzeczy w żaden sposób się nie wykluczają i od pewnego czasu lubię łączyć przyjemne z... przyjemnym!


Jedna z rzeźb na ścianie katedry Doumo di Milano
Jednym z rodzajów moich marzeń jest zobaczenie Linkin Park w różnych, konkretnych miejscach. Zawsze marzyłam m.in. o tym, aby pójść na ich koncert w Paryżu. I przy okazji zobaczyć co nieco, ale przede wszystko zahaczyć o Francję na trasie koncertowej. Byłam w Czechach, byłam w Niemczech, byłam w Anglii. Francja wydawała się idealnym kolejnym krokiem na tej drodze. Tym razem jednak wywiało mnie gdzie indziej...

Plac przed katedrą

Galeria Wiktora Emanuela II. Na żywo wydaje się dużo mniejsza


Do Włoch nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło. Nie planowałam takiej podróży, ale ogłoszony koncert w Mediolanie zmienił wszystko i to całkowicie. Decyzja była błyskawiczna: JEDZIEM! Bilet został zakupiony w ekspresowym tempie, bo z tym zawsze najwięcej problemów. Potem na spokojnie znalazłam nocleg, połączenie Warszawa-Mediolan i mogłam usiąść i czekać. Do samego wyjazdu chyba najbardziej przekonał mnie kolejny występ Fall out Boy. Oczywiście, że gwiazda wieczoru nie była bez znaczenia, ale w przypadku FoB zobaczyłabym ich już drugi raz w tak krótkim odstępie czasowym, w tym samym miesiącu! Po raz kolejny: dwie pieczenie na jednym ogniu. Wszystko musiałam tak ustalić, aby nie kolidowało mi to Download Festival, który był zabukowany milion lat wcześniej i nie istniała możliwość, abym się tam nie zjawiła. Na szczęście nic nie stało na przeszkodzie, aby w ciągu jednego miesiąca zobaczyć FoB/LP trzy razy, w trzech różnych krajach.

Katedra Doumo di Milano z przodu
Pomnik Leonarda da Vinci
Zaplanowałam sobie trochę zwiedzania, ale zawsze uważałam siebie za kiepską turystkę. Zobaczę, co mnie interesuje i na tym koniec. Potem to się czasami nawet nudzę. A że byłam sama, nudziłam się trochę za często. Chociaż pewnie to był główny problem. Dla mnie jednak najważniejszy był koncert, który okazał się tak naprawdę małym festiwalem. Trwał on wiele dni i każdego odbywał się jakiś występ. Wszystko działo się na powietrzu, w pełnym słońcu i upale, bez jedzenia, z możliwością kupienia małych butelek wody, które nawet nie były schłodzone. Zapowiadał się cały dzień w skwarze i płynącym po twarzy makijażu. Chociaż i tak w tym wszystkim najciekawsze było zjawisko oszukiwania pogody przez Włochów, a zwłaszcza przez Włoszki. Termometr wskazywał 35 stopni. Ja w mojej sukieneczce, która nijak pasowała na koncert rockowy (biała w niebieski kwiatki, elo) i sandałkach myślałam, że umrę na śmierć. Ale jednak moda bywa okrutna i tak, jak na studiach uczono mnie, że Japonki oszukują pogodę, tak samo robią to Włoszki (i Angielki, ale to inna para kaloszy). Pomimo pogody rodem z piekła, dziewczyny twardo nosiły czarne T-shirty, długie spodnie i SKÓRZANE BOTKI. Na sam ten widok pot mnie zalewał, a to na mnie się wszyscy dziwnie patrzyli. Bariera językowa pozwalała na bezczelne obgadanie tego zjawiska z koleżanką, którą akurat spotkałam dzień wcześniej, na LPU Meet Up w pizzerii (we Włoszech? Kto by pomyślał?!). Dzięki temu przede wszystkim przestałam się nudzić, bo jednak samotne wyjazdy nie są straszne, czy smutne, ale przeraźliwie i wręcz boleśnie nudne! Miłym akcentem samego Meet Upa było poznanie kilku fajnych osób i zostanie rozpoznaną z Wrocławia. Obok mnie siedział chłopak z Węgier, który jak się okazało był w Polsce na koncercie (nawet mam go na zdjęciu widowni, które zrobiłam!) i zapamiętał mnie, jak biegałam pod sceną i robiłam zdjęcia. Świat jest mały i to nawet nie wiecie, jak. Następnego dnia na koncercie już się nie spotkaliśmy, ale i tak było miło!

Ogród przy zamku Sforzów
Cała impreza odbywała się na niby-stadionie, przy stacji metra, więc dojazd na szczęście nie był problemem (był nim powrót, ale po co komu komunikacja miejska wieczorem, hm?). Jednak pogoda dawała do wiwatu i z góry darowałam sobie podbijanie do barierek. Cały dzień polegał na ściganiu cienia (inside joke: THE HUNTING PARTY!), w którym można by się schować i dzięki temu nie umrzeć. Nie byłyśmy w tym odosobnione, wielu ludzi szło tym torem (sporo obcokrajowców, Włosi byli bardziej tolerancji dla wszechobecnej sauny). A z czasem wszyscy się przesuwali, jak słońce wędrowało po niebie. Naturalnie hardcore'ów ściskających się pod sceną nie brakowało. Aby uczcić ich pamięć, wypijmy szklankę ziemnej wody. Ja się dopiero podniosłam, jak na scenę wyszło Fall out Boy. O tej porze trudno było dorwać miejsce z dobrym widokiem, ale nie tylko w takich można dobrze się bawić. Zagrali super, chyba nawet lepiej niż we Wrocławiu. Bawiłam się przednie i cieszyłam, że w tak krótkim czasie mogę ich po raz kolejny zobaczyć. Podobnie, jak w Polsce widownia nieszczególnie podzielała mój entuzjazm. Ludzie albo ich nie znali, albo mieli gdzieś. Dlatego przestałam się w tłumie wyróżniać jedynie strojem.


Na koncercie gwiazdy wieczoru jednak wszystko się zmieniło. Ludzi przybyło, ścisk zapanował nawet na tyłach widowni i nie było mowy o nieznajomości zespołu. Ze znajomością słów piosenek to już inna sprawa, ale kto by się tym przejmował? I choć nawet po zachodzie słońca upał nie dawał za wygraną ludzie skakali, krzyczeli, nawet niekiedy pchali się bliżej sceny, ale przede wszystkim wybornie bawili. Śpiewom nie było końca, chociaż po raz kolejny nie wszyscy kojarzyli najnowsze piosenki (we Wrocławiu ludzie zamarli, jak poszło A Light That Never Comes). Niektórzy próbowali robić zdjęcia, nagrywać filmiki. Była nawet akcja (rozdawali wszędzie ulotki, ale były w całości po włosku) aby nagrać jedną piosenką, wysłać na podany adres, by potem organizatorzy wszystkiego mogli połączyć to w jedną całość. Cały koncert miał swój klimat i po raz kolejny nie przeszkadzał mi kiepski widok, a właściwie kompletny brak widoku czegokolwiek. Po wszystkim tylko nogi miałam całe czarne, bo jednak sandały + piach nie idą w parze.

Zdjęć żadnych nie mam, bo robienie ich nie miało sensu, stąd brak linku do Concerts Corner. Zostaje nam jedynie przydługi opis, Mediolan i niezapomniane wspomnienia.