15 czerwca 2015

June 2014: Milan

Gdyby nie Linkin Park nie wiem w sumie, czy bym tyle podróżowała. Czy zdobyłabym się na odwagę? Czy chciałoby mi się z domu ruszyć? To jednak nie jest to samo, przynajmniej dla mnie: pojechać gdzieś zwiedzać obce światy, a pojechać za granicę na koncert. Brzmi absurdalnie, ale to te koncerty napędzają moją chęć poznawania świata. Zawsze przy okazji, zawsze przez przypadek, a bo już jestem, to czemu nie. Oczywiście te dwie rzeczy w żaden sposób się nie wykluczają i od pewnego czasu lubię łączyć przyjemne z... przyjemnym!


Jedna z rzeźb na ścianie katedry Doumo di Milano
Jednym z rodzajów moich marzeń jest zobaczenie Linkin Park w różnych, konkretnych miejscach. Zawsze marzyłam m.in. o tym, aby pójść na ich koncert w Paryżu. I przy okazji zobaczyć co nieco, ale przede wszystko zahaczyć o Francję na trasie koncertowej. Byłam w Czechach, byłam w Niemczech, byłam w Anglii. Francja wydawała się idealnym kolejnym krokiem na tej drodze. Tym razem jednak wywiało mnie gdzie indziej...

Plac przed katedrą

Galeria Wiktora Emanuela II. Na żywo wydaje się dużo mniejsza


Do Włoch nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło. Nie planowałam takiej podróży, ale ogłoszony koncert w Mediolanie zmienił wszystko i to całkowicie. Decyzja była błyskawiczna: JEDZIEM! Bilet został zakupiony w ekspresowym tempie, bo z tym zawsze najwięcej problemów. Potem na spokojnie znalazłam nocleg, połączenie Warszawa-Mediolan i mogłam usiąść i czekać. Do samego wyjazdu chyba najbardziej przekonał mnie kolejny występ Fall out Boy. Oczywiście, że gwiazda wieczoru nie była bez znaczenia, ale w przypadku FoB zobaczyłabym ich już drugi raz w tak krótkim odstępie czasowym, w tym samym miesiącu! Po raz kolejny: dwie pieczenie na jednym ogniu. Wszystko musiałam tak ustalić, aby nie kolidowało mi to Download Festival, który był zabukowany milion lat wcześniej i nie istniała możliwość, abym się tam nie zjawiła. Na szczęście nic nie stało na przeszkodzie, aby w ciągu jednego miesiąca zobaczyć FoB/LP trzy razy, w trzech różnych krajach.

Katedra Doumo di Milano z przodu
Pomnik Leonarda da Vinci
Zaplanowałam sobie trochę zwiedzania, ale zawsze uważałam siebie za kiepską turystkę. Zobaczę, co mnie interesuje i na tym koniec. Potem to się czasami nawet nudzę. A że byłam sama, nudziłam się trochę za często. Chociaż pewnie to był główny problem. Dla mnie jednak najważniejszy był koncert, który okazał się tak naprawdę małym festiwalem. Trwał on wiele dni i każdego odbywał się jakiś występ. Wszystko działo się na powietrzu, w pełnym słońcu i upale, bez jedzenia, z możliwością kupienia małych butelek wody, które nawet nie były schłodzone. Zapowiadał się cały dzień w skwarze i płynącym po twarzy makijażu. Chociaż i tak w tym wszystkim najciekawsze było zjawisko oszukiwania pogody przez Włochów, a zwłaszcza przez Włoszki. Termometr wskazywał 35 stopni. Ja w mojej sukieneczce, która nijak pasowała na koncert rockowy (biała w niebieski kwiatki, elo) i sandałkach myślałam, że umrę na śmierć. Ale jednak moda bywa okrutna i tak, jak na studiach uczono mnie, że Japonki oszukują pogodę, tak samo robią to Włoszki (i Angielki, ale to inna para kaloszy). Pomimo pogody rodem z piekła, dziewczyny twardo nosiły czarne T-shirty, długie spodnie i SKÓRZANE BOTKI. Na sam ten widok pot mnie zalewał, a to na mnie się wszyscy dziwnie patrzyli. Bariera językowa pozwalała na bezczelne obgadanie tego zjawiska z koleżanką, którą akurat spotkałam dzień wcześniej, na LPU Meet Up w pizzerii (we Włoszech? Kto by pomyślał?!). Dzięki temu przede wszystkim przestałam się nudzić, bo jednak samotne wyjazdy nie są straszne, czy smutne, ale przeraźliwie i wręcz boleśnie nudne! Miłym akcentem samego Meet Upa było poznanie kilku fajnych osób i zostanie rozpoznaną z Wrocławia. Obok mnie siedział chłopak z Węgier, który jak się okazało był w Polsce na koncercie (nawet mam go na zdjęciu widowni, które zrobiłam!) i zapamiętał mnie, jak biegałam pod sceną i robiłam zdjęcia. Świat jest mały i to nawet nie wiecie, jak. Następnego dnia na koncercie już się nie spotkaliśmy, ale i tak było miło!

Ogród przy zamku Sforzów
Cała impreza odbywała się na niby-stadionie, przy stacji metra, więc dojazd na szczęście nie był problemem (był nim powrót, ale po co komu komunikacja miejska wieczorem, hm?). Jednak pogoda dawała do wiwatu i z góry darowałam sobie podbijanie do barierek. Cały dzień polegał na ściganiu cienia (inside joke: THE HUNTING PARTY!), w którym można by się schować i dzięki temu nie umrzeć. Nie byłyśmy w tym odosobnione, wielu ludzi szło tym torem (sporo obcokrajowców, Włosi byli bardziej tolerancji dla wszechobecnej sauny). A z czasem wszyscy się przesuwali, jak słońce wędrowało po niebie. Naturalnie hardcore'ów ściskających się pod sceną nie brakowało. Aby uczcić ich pamięć, wypijmy szklankę ziemnej wody. Ja się dopiero podniosłam, jak na scenę wyszło Fall out Boy. O tej porze trudno było dorwać miejsce z dobrym widokiem, ale nie tylko w takich można dobrze się bawić. Zagrali super, chyba nawet lepiej niż we Wrocławiu. Bawiłam się przednie i cieszyłam, że w tak krótkim czasie mogę ich po raz kolejny zobaczyć. Podobnie, jak w Polsce widownia nieszczególnie podzielała mój entuzjazm. Ludzie albo ich nie znali, albo mieli gdzieś. Dlatego przestałam się w tłumie wyróżniać jedynie strojem.


Na koncercie gwiazdy wieczoru jednak wszystko się zmieniło. Ludzi przybyło, ścisk zapanował nawet na tyłach widowni i nie było mowy o nieznajomości zespołu. Ze znajomością słów piosenek to już inna sprawa, ale kto by się tym przejmował? I choć nawet po zachodzie słońca upał nie dawał za wygraną ludzie skakali, krzyczeli, nawet niekiedy pchali się bliżej sceny, ale przede wszystkim wybornie bawili. Śpiewom nie było końca, chociaż po raz kolejny nie wszyscy kojarzyli najnowsze piosenki (we Wrocławiu ludzie zamarli, jak poszło A Light That Never Comes). Niektórzy próbowali robić zdjęcia, nagrywać filmiki. Była nawet akcja (rozdawali wszędzie ulotki, ale były w całości po włosku) aby nagrać jedną piosenką, wysłać na podany adres, by potem organizatorzy wszystkiego mogli połączyć to w jedną całość. Cały koncert miał swój klimat i po raz kolejny nie przeszkadzał mi kiepski widok, a właściwie kompletny brak widoku czegokolwiek. Po wszystkim tylko nogi miałam całe czarne, bo jednak sandały + piach nie idą w parze.

Zdjęć żadnych nie mam, bo robienie ich nie miało sensu, stąd brak linku do Concerts Corner. Zostaje nam jedynie przydługi opis, Mediolan i niezapomniane wspomnienia.