18 sierpnia 2015

June 2014: Mars in Rybnik

Po ostatnim występie Marsów w Warszawie musiałam wrzucić na luz, bo jednak wszelkie zmiany, jakie zaszły zmieniły całkowicie wygląd koncertów, czy m&g. Nawet szczególnie nie planowałam znowu się na nich wybrać. Ciśnienia nie było, ale w sumie nie oszukujmy się: Jak Jaredy są w Polsce, to mnie tam nie zabraknie. Na razie odpuszczam sobie wyjazdy zagraniczne, no chyba, że znowu podarują mi za darmo m&g to wtedy zawsze mogę gdzieś się przejechać. Jednak mimo wszystko polskie koncerty uważam, za pewniaki.

Po porażce na Impacie nie planowałam już nic specjalnego. Żadnych giftów, bo jednak brak możliwości nawet wręczenie go do rąk własnych zabiera dużą część radości z dawania tych giftów. Kiedy w Hamburgu lub w Łodzi mogłam dać coś od siebie, z ręki do ręki, osobiście i zobaczyć minę Jared, Shannona czy Tomo, a nawet jeszcze zamienić dwa słowa to miało sens. Nawet dużo sensu! Teraz ro przepadło tak, jak mój prezent dla Jareda, choć powiedział, że go widział i był piękny. To jednak nie to samo i póki nic się nie zmieni, nie będę nic kupować, robić ani rysować (bo i takie przypadki były).

W Rybniku byłam pierwszy raz przy okazji koncertu Bryana Adamsa. Uwielbiam go i nie mogłam sobie tego odpuścić. Byłam tylko zdziwiona, że taka gwiazda, takiego formatu gra w... Rybniku. Dojazd słaby, metropolia to żadna, a stadion też do największych nie należy. Ale uparłam się i pojechałam. Koncert był cudowny, a ja wyjechałam stamtąd z poczuciem, że pewnie nigdy więcej do tej dziury nie zajadę.

Jezus na scenie w pełnej chwale i okazałości.

Ogłoszenie Marsów w Rybniku oczywiście mnie otrzeźwiło, że jednak nie uwolnię się od tego miejsca i prawdopodobnie warto by było zapamiętać dobre miejscówki, hotele, dojazdy, bo jest szansa, że będę tam częściej wracać. Kupno biletu to była zwykła formalność. Szybko też zorientowałam się, że moje koleżanki też jadą, zatem ekipa zbierała się zacna. M&g nie miało być już takie, jak kiedyś, ale z drugiej strony czemu nie wyciągnąć z tego, co najlepsze?

Zaraz po ogłoszeniu wyszło, że na koncercie zabraknie Shannona. Według internetów został zatrzymany za jazdę po pijaku i dostał zakaz wyjazdu ze Stanów. To przyczyniło się do jego nieobecność na reszcie koncertów na trasie. Wszystkie zdjęcie ze spotkań były wybrakowane, podczas show zastępował go (chyba?) technik, a secna była wyjątkowo pusta z braku perkusji, więc Jared przez większość czasu stał z prawej strony (patrząc od publiczności), aby całą uwagę skupić na swojej brodzie i włosach. To samo czekało nas, ale nie zniechęciło to fanów. Przyjechali tłumnie, a Goldeny (dawniej tak się właśnie nazywały bilet z m&g. Trudno zmienić przyzwyczajenia) tradycyjnie się wyprzedały.

Przed koncertem miał się odbyć pokaz filmu dokumentalnego Artifact. Działo się tak w wielu krajach, w których akurat koncertowali, a w Polsce ani trochę mnie to nie zaskoczyło: Nadal jest to jeden z najpopularniejszych zespołów w naszym kraju, czy to się komuś podoba czy nie. A i oni sami zakochali się w swoich polskich fanach już podczas pierwszej wizyty w Krakowie na Coke Live Music Festival w 2010 roku. Niestety w ostatniej chwili zmienili organizację i przenieśli wszystko na dzień po koncercie i to do Krakowa. Porządnie pokrzyżowało mi to plany, ale bilet był kupiony: Nie ma opcji. Najpierw więc czekał mnie koncert.

Jak tylko dotarłam pod stadion już było opóźnienie. Bo bez opóźnienia nie ma koncertu, nigdy tego nie zapominajcie. Znalazłam swoje laski i grzecznie czekałyśmy w kolejce, która tradycyjnie była przepełniona dziewczynkami. Czekanie się przedłużało więc próbowałyśmy zapełnić sobie czas. Razem z Gosią, jedną z moich cudownych znajomych, usiadłyśmy z boku, na schodkach. Przyuważyła nas dziennikarka z Dziennika Zachodniego i przeprowadziła z nami krótki wywiad, który choć nie ukazał się w tej formie, jest na ich stronie wraz z naszym zdjęciem. A nawet specjalnie się nie wyróżniałyśmy. Zaliczyłyśmy jednak fejma i dzięki temu dzień zaczął się dobrze.

Włosie w zbliżeniu. Bezdomny Jezus w natarciu!

Kiedy zaczęli wpuszczać robił się mały ścisk, ale to też chyba taka norma, co nie? Przepuścili nas na stadion bocznym wejściem, zebrali do kupy i zaczęły się absolutne jaja. Przede wszystkim trafiliśmy na górę trybun, z których bez problemów było widać scenę. Nic nadzwyczajnego, powiedział normalny człowiek. Niestety okazało się, że przed całym spotkanie miał też być sound check, naturalnie biletowany. Ludzie, którzy mogli na niego pójść dostali dodatkowe bransoletki i ustawili się z jednej strony, aby nie robić zamieszania. Które zaczęło się natychmiast po tym, jak ochroniarze kazali im zejść na dół, pod scenę. W tym momencie cała reszta stała się dla nich intruzami, którzy pod żadnym pozorem nie mogę uczestniczyć w próbie. Ale jak to osiągnąć? Wszyscy staliśmy na górze, scena przed nami, a zespół zaczął grać. Dziewczyny podeszły do ogrodzenia i robiły zdjęcia, nagrywały filmiki. Bo czemu nie? I tak zespół niczym mrówki biegał w tle. Nie spodobało się to, więc zaczęto nas stamtąd przeganiać. Stanęliśmy więc bliżej wejścia. Okazało się to niewystarczające, nadal było widać scenę. Przegnano nas więc jeszcze dalej, na bok, gdzie stał namiot z kawą. Namiot miał nam wszystko zasłaniać. Niech no tylko ktoś spróbował podejrzeć, zaraz podchodził jakiś dryblas i darł ryja, że ma się odsunąć. Było to tak żałosne, że gdybym sama tam nie stała, nie uwierzyłabym. Całkowity brak organizacji. Szkoda, że nas jeszcze nie wyrzucono ze stadionu i nie kazano zatkać uszu. W sumie... bardzo by mnie to już nie zdziwiło.

Udało nam się jednak nie umrzeć ze śmiechu i po sound checku wpuszczono nas również pod scenę, gdzie miało odbywać się m&g. Już się ludzie porozsiadali, więc bitwa o miejsca najbliżej Jareda została z góry przegrana. Razem z koleżankami stanęłyśmy z boku po prawej. Wyszła Reni, przedstawiła zasady i uszczuplony zespół przyszedł. Jared schowany za kurtyną włosów, brody i okularów zagadywał młode fanki, a Tomo tradycyjnie śmiał się, jak opętany. Pytania padały z obu stron, od nas i od nich. Leto obserwował, jak ludzie byli poubierani i zaczepiał niektórych, dopytując lub chwaląc wybór. Jedna z dziewczyn miała na koszulce jego zdjęcie zrobione przez Terry'ego Richardsona i natychmiast rzucił w swoim zwyczaju: Uncle Terry! To było akurat dokładnie w tym momencie, kiedy media rozpisywały się o skandalu z nim związanym. Jared zaczął go bronić i twierdzić, że ludzie mówią o nim obrzydliwe rzeczy. Opowiadał, że robi on takie zdjęcie, bo ludzie czują się przy nim komfortowo. Odniosłam wrażenie, że byłam jedyną osobą, którą to zniesmaczyło. A kiedy zapytał, kto z nas lubi Terry'ego krzyknęłam: NIE! Niestety przez niego nie zostałam usłyszana. Tylko Brytyjka stojąca przede mną obejrzała się na mnie, jak na idiotkę. Szkoda. Ciekawe, jak to jest się kłócić z Jezusem?

Po jeszcze paru łzach w oczach tylko dlatego, że Jared rozpoznał cię z youtube'a zgarnięto nas w gigantyczną kolejkę do autografów i zdjęć. Podpisy odbyły się na taśmociągu, przy czym w końcu znieśli zasadę, że można je dostać tylko na płycie lub gadżetach otrzymanych w ramach biletu. Kiedy w Warszawie oznajmili, że nie mogę nawet im dać swojego zdjęcia ze starego m&g do podpisania, coś we mnie pękło. Tylko co z tego, skoro powiedzieli o tym już na samym spotkaniu? Przy sobie miałam płytę Love, Lust, Faith and Dreams, nawet nie brałam nic innego. No i teraz mam tylko dwa podpisy, jakimś cudem kiedyś muszę wydębić trzeci, bo łyso.

Niestety nie było okazji nawet pogadać. Do zdjęcia człowiek wręcz biegł, aby nie daj Boże przez przypadek stał z zespołem dłużej niż ustawa przewiduje. Udało mi się tylko szybko zapytać Jareda, jak mu się podobają moje tatuaże. Ogólnie: Jared approves. Tomo za to zachwycił się moim kapeluszem. +10 do zajebistości. I tyle, bo już mnie odganiali, jak natrętną muchę. A potem zespół sobie poszedł. Na szczęście pozwolono nam zostać już na płycie, więc udało nam się zaklepać niezłe barierki.

Zdjęcie z 20 Seconds to Mars. O dziwo wyszłam przyzwoicie, rzadkość!

Sam koncert był dobry. Mimo braku Shannona udało im się porządnie zagrać, publiczność dopisała, mimo klasycznego echelonu wrzeszczącego: NAPIERDALAĆ! Oczywiście nic nie przebije występów w Łodzi, bo to były złote i diamentowe czasy. Takich koncertów, jak wtedy grali to już nie ma. Okroili show i wizualnie i muzycznie. Coraz rzadziej grają stare piosenki, choć From Yesterday jeszcze im wychodzi. Ale kontakt z publicznością był, ścisk był, Jared był. Wypad uznaję za udany, a czas spędzony z dziewczynami za bezcenny!

Zdjęć w sumie niewiele mam, nie wrzucałam więcej niż te dwa na górze. Są filmiki, zapraszam na youtube'a. Zdjęcie z zespołem mi się podoba, w końcu sama wyglądam, jak człowiek. Szkoda, że Jareda prawie na nim nie ma, nie mówiąc o jego bracie. Jak dotąd nikt nie skomentował rewelacji odnośnie pijanego Shannego, ale w sumie milczenie też bywa wymowne. Miejmy nadzieję, że już poszedł po rozum do głowy.

17 sierpnia 2015

June 2014: Download Festival

Bardzo często i gęsto zaznaczam, że nie lubię festiwali. Zawsze gra na nich JEDEN zespół, czy wykonawca, który mnie interesuje i często jest headlinerem, lub gra prosto przed nim. Co za tym idzie, trzeba czekać cały dzień, aby usłyszeć tego, na kogo się przyszło. Dlatego zazwyczaj starałam się je omijać, choć nie zawsze się udawało (Coke Live Festival w 2010, kiedy to Marsy przyjechały pierwszy raz do Polski, Orange w 2012 z Linkin Park, Impact Fest 2013 znowu dla Marsów). Z drugiej jednak strony istnieją festiwale, o których marzę z różnych powodów, np. Rock am Ring. Na niego jeszcze nigdy nie udało mi się wybrać, ale nadal się łudzę, że już za rok! I choć co roku jest to samo, to nigdy nie wybierałam się na Download, a w 2014 bez zastanowienia kupiłam bilet!

Najbardziej przekonało mnie to, że headlinerem drugiego dnia miało być Linkin Park. Atmosferę podgrzali dodatkowo, kiedy ogłosili, że mają zagrać w całości swój pierwszy album Hybrid Theory. Niewątpliwie zapowiadało się wydarzenie, którego nie wolno przegapić. Wszyscy się podniecali i wirtualnie jechali, ale ja byłam na 140% pewna, że tego nie pozwolę sobie ominąć. RaR umyka mi o włos z każdym rokiem na nowo, ale Download okazał się wręcz obowiązkowym wydarzeniem w moim kalendarzu. Długo szukałam hotelu, bo jak zwykle wszystko miało miejsce daleko od jakiegokolwiek miasta. Potem z niego zrezygnowałam, bo odgrzebałam inny, prosto przy parku Donington, a jednak zależało mi na tym, aby nocować, jak najbliżej. Potem już tylko czekałam, aż łaskawie wyślą mi bilet i mogłam lecieć.

Wzięłam jedną. A co?
Tak naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Festiwal, jak festiwal. Co prawda dotąd znałam tylko polskie, ale niby czemu miałby się wiele od nich różnić?

No zapewne właśnie dlatego, że nie był organizowany w Polsce. W tym momencie to powinno wszyscy wyjaśniać. Hotel miałam tak blisko, że zrobiłam 2 kroki i byłam w parku. Musiałam tylko przejść przez parking, minąć pole namiotowe i znalazłam się przed głównym wejściem. Wejściem, które było ogromną, metalową bramą z ekranem wyświetlającym wszystkie najważniejsze informacje. Dopóki nie weszłam na teren festiwalu nie zdawałam sobie sprawy, jak wielki teren on zajmuje. Niby w rozpisce zawsze jest info o zespołach i scenach, ale dopóki się samemu tego nie zobaczy na własne oczy, to ciężko to sobie wyobrazić. To był drugie dzień, jeszcze wcześnie i jasno. Ale ogrom ludzi, jaki stanął mi przed oczami przerósł moje najśmielsze wyobrażenia. Może przesadzam, może bywa lepiej, a mnie po prostu tam nie było. Ale dla mnie efekt był i przez chwilę czułam się przytłoczona. Nawet zapomniałam, ile czekania przede mną, zanim Linkin Park wyjdzie na scenę. Czas umiliłam sobie małymi zakupami. Wokół całego terenu były rozstawione najróżniejsze stoiska z ciuchami, jedzeniem (groteskowy widok: budka z wegańskim jedzeniem pomiędzy dwoma z burgerami) i gadżetami. Znalazłam między innymi Iron Fist, gdzie akurat odbywała się przecena i udało mi się kupić portfel za 10funtów (cena wyjściowa: 50!). Było też dużo butów, koszulek i flag z zespołami, sukienek, peruk, śmiesznych czapek itp. Zatrzęsienie! Nic tylko pieniądze wydawać!

Jak się z tego wszystkiego otrząsnęłam zgarnęłam Bajtaka i poszliśmy coś zjeść. Oboje dostaliśmy się na m&g, więc pchanie się pod scenę nie miało sensu. Na tę okazję specjalnie przywiozłam ze sobą kasetę magnetofonową Hybrid Theory do podpisania! Uznałam, że z racji rocznicy wiele osób przyniesie ze sobą jakieś wydanie HT. Kasetę miałam tylko ja! Odnaleźliśmy miejsce zbiórki i spotkałam kilku znajomych z Niemiec, czy Anglii. Było miło, a kiedy przyszła Missy od razu mnie poznała z Wrocławia i Mediolanu (zapomniałam wcześniej wspomnieć! Rozpoznają mnie!)! Rozmawiałyśmy tylko chwilę, ale jakimś cudem mnie zapamiętała. Niestety spotkanie z zespołem odbywało się w trakcie koncertu Fall out Boy, więc oglądałam ich całkiem z boku i nie przez cały czas, bo pod koniec nas zgarnięto i wyprowadzono za kulisy (szliśmy prawie, że pod sceną!). Chociaż nie przeszkadzało mi to w podśpiewywaniu sobie My songs know what you did in the dark!

Główna scena. Obok była druga, a ogólnie 5...
Na samym spotkaniu było sporo osób, z różnych miejsc i krajów. Ustawili nas pod ogrodzeniem, wszystko odbywało się nadal na świeżym powietrzu. Nikt nie zamknął nas w jakimś baraku, jak to bywało przy okazji Marsów... Missy próbowała wyłuszczyć nam zasady, ale ciągle jej przeszkadzano, więc atmosfera była bardzo przyjemna. Wszędzie ciągle kręcili się jacyś ludzie, więc nikt nawet nie zauważył jak i skąd wziął się Joe! Po prostu zmaterializował się w tłumie i zaczął dosyć chaotycznie rozdawać autografy. Ci, co go dostrzegli podeszli bliżej, ale ścisk wielki się nie zrobił. Mi też udało się szybko dostać parafkę zanim Mr. Hahn uciekł. Takie zamieszanie powstało, że nie zauważono, jak reszta zespołu zaczęła się schodzić. Ludzie jeszcze łapią Joe'ego na podpis, a reszta już ustawia się do zdjęcia! Raz-dwa i po krzyku. Wszyscy chcieli stać jak najbliżej zespołu, ale fizycznie się nie da! Zatem, jak było po fakcie rozstawiono nas dookoła "pod ścianą", a chłopaki zaczęły rozdawać autografy.

To było moje pierwsze m&g na nowych zasadach, tj. ludzie stoją dookoła, a każdy członek zespołu podchodzi indywidualnie, podpisuje co mu tam dadzą i ewentualnie zamienia parę słów. Dotąd zawsze zespół siedział sobie przy stole, a wszyscy przechodzili obok i dostawali parafki. Osobiście jestem zadowolona ze zmian. Wiadomo, że na wielkie i wielotematyczne konwersacje i tak nie ma się czasu, a jednak jest szansa pogadać z każdym z osobna. Stanowczo nie narzekam i żałuję, że Marsy z tego zrezygnowały.

Na wstępie naturalnie po raz setny uprzedzono nas, że absolutnie nie wolno mieć przy sobie telefonu, a już tym bardziej aparatu fotograficznego. Zdjęcia są całkowicie zakazane podczas całego m&g, a już bezwzględnie nie wolno prosić zespołu o selfie, ani pozowanie do zdjęć, bo to zabiera czas, czy możliwość innym porozmawiania ze swoimi idolami. Dodatkowo naprawdę nie jest potrzebne, bo podczas całego spotkania będą robione zdjęcia i na pewno każdy się na nich znajdzie. Bardzo się przejęłam.

Żarty z Missy! Wkurzała się, że nie wie, o co chodzi!
M&g się zaczęło i Joe mimo wtargnięcia w publikę jeszcze się kręcił, jak zwykle pozbawiony większego zainteresowania, co dzieje się dookoła. Nawet nie liczyłam, że uda mi się go zaczepić, więc czekałam na resztę. A oni po swojemu rozeszli się dookoła i nawet nie zamierzali się przejmować, że zaczęli chodzić po ludziach z dwóch stron, w przeciwnych kierunkach. Pierwszy dobił do nas Phoenix. Zawsze dobrze go pamiętałam ze spotkań. Chętny do pogaduszek, często sam zagaduje. Bez słowa zgodził się na zdjęcia z Bajtakiem, a potem ze mną! W tym momencie trzeba zaznaczyć, że ja na coś takiego czekałam ponad 10 lat, więc emocje rosły wraz z każdym kolejnym członkiem zespołu! Niestety Brad przybrał zbyt szybką prędkość i mi nie udało się zrobić z nim zdjęcia, w przeciwieństwie do Bartka. Chociaż fakt, też nie miał żadnych pretensji, a nawet bardzo ładnie się uśmiechnął. Cały czas naturalnie musiałam pilnować telefonu, ale o dziwo nie przy zespole. Missy, ochroniarze chcieli mi po łapach dawać, ale obeszło się bez rękoczynów!

Przy okazji zobaczyłam Megumi, która też cały czas kręciła się dookoła. Pierwszy raz miałam okazję ją spotkać na LPU Summicie w Hamburgu. Jak to ja, kiedy tylko zorientowałam się, że jest Japonką zagadałam do niej. Wspomniałam o swoich studiach, a ona opowiedziała mi, jak trafiła de ekipy Linkin Park: pracowała, jako tłumacz japońskiego i nie planowałam drastycznych zmian. Jej tata jednak pracuje przy zespołach i załatwił jej fuchę przy Backstreet Boys. Stąd szybko trafiła do Linkinów i trochę już to trwało. Była bardzo miła, a że nikt inny jej nie zaczepiał, udało się chwilę porozmawiać. Ja naturalnie ją zapamiętałam, więc zaraz do niej zagadałam. Niestety, mimo przytoczenia całej naszej rozmowy nie pamiętała mnie. Zgodziła się jednak na wspólne zdjęcie. Potem uciekła, a ja wróciłam do swojego zadania, bo nadchodził Rob! Sądząc po fotkach, o czymś z nim rozmawiałam, ale nie pamiętam o czym. O la boga. Oto kara za niepisanie na bieżąco, prosto po koncercie. Wiem tylko, że mamy wspólne zdjęcie i jestem z niego bardzo zadowolona. Nie udało mi się wydębić takich rarytasów, jak Bajtak, tj. pałeczek do perkusji i jeszcze dostać na nich autograf, ale kto wie, co będzie następnym razem? I tak już to m&g należało do najlepszych, jakie dotąd zaliczyłam. A planowałam je jeszcze polepszyć.

Nielegalne zdjęcia m&g'owe. Grozili mi zabraniem telefonu, ale było warto!
Na horyzoncie zaczął pojawiać się Mike. Nastąpiła absolutna mobilizacja, bo zdjęcie z nim to jedno z moich większych marzeń i czekałam na nie pisiont miljonów lat. Plan był prosty, jak słońce: Oddaję telefon Bajtakowi, zagaduję Shinodę, proszę o zdjęcie i wszystko twa pół sekundy, nikt się nie skapnie! Ale oczywiście się zagadałam! Ze stresu trochę mi się język plątał i angielski podupadł, ale chyba mnie rozumiano. Przede wszystkim zapytałam o flagę z keyboardu z Wrocławia, bo jej brak był aż nadto widoczny. Mike z rozbrajającą szczerością rzucił: A to nie było żadnej? Nawet nie zauważyłem... Nie dałam się zbić z tropu i drążyłam temat. Usłyszałam więc, że winny temu wszystkiemu jest koleś z ich ekipy i nawet wskazał mi go palcem. Mówiłam też, że jestem z linkinpark.pl więc podziękował nam za wszystko. Coś jeszcze musiałam mówić, bo jak odchodził do innych osób dalej rozmawiał ze mną, ale nie te lata, już nie pamiętam. W głowie mam tylko to, że paplałam w miarę zrozumiale, a on mi odpowiadał. W OSTATNIEJ CHWILI POPROSIŁAM O ZDJĘCIE! Moje marzenie miało się spełnić, bo Mike nie miał absolutnie nic przeciwko. Nawet odważyłam się go objąć i w ogóle. Niestety zdjęcie(a) nie wyszły. Albo tylko ja się uśmiecham, albo tylko Mike, albo są poruszone, albo nieostre. Do dzisiaj obwiniam za to swojego fotografa, bo doskonale wiedział, jak mi zależy, a w ostatniej chwili nawet nie chciał wziąć mojego telefonu i wszystko zrobił swoim, choć sam przyznał: Ma opóźniony zapłon i dlatego czasami zdjęcia nie wychodzą. No cóż, mówi się trudno. W sumie ważne, że się przemogłam. A skoro było pierwsze zdjęcie będzie i drugie i trzecie.

Chester długo zwlekał z podejściem, bo na dość długo zatrzymał się przy jednym chłopcu, który wyglądał na chorego. Zawzięcie o czymś rozmawiali, Missy ciągle robiła im zdjęcia. Jak tylko stanął przede mną od razu przedstawiłam się jako przedstawicielka (trololo) polskiej strony i zaczynałam swoją gadkę. Reakcja Chestera na naszą flagę już była zupełnie inna. Od razu zaczął opowiadać, jak bardzo mu się podobała. Tyle podpisów zebranych, które wyglądały absolutnie fantastycznie. I ten żołnierz nawiązujący do polskiej historii. Był całkowicie zachwycony i bardzo dziękował, że coś takiego zrobiliśmy. Było to niesamowicie miłe zważywszy na wszystko, co się działo wokół naszej nieszczęsnej flagi. Niestety zrobienie sobie z nim zdjęcia było niemożliwe, bo pan Bennington jako jedyny miał swojego osobistego ochroniarza, który skrupulatnie pilnował aby nikt niczego nie próbował. Ale mimo wszystko spotkanie było niesamowicie udane!

Jeśli chodzi o zdjęcia z zespołem to zapraszam na mojego instagrama. Spoiler alert: Tam są już wszystkie zdjęcia, nie tylko z Downloada.

Nielegalnych zdjęć ciąg dalszy. Najlepsze na koniec. Mike cały czas ze mną rozmawiał, jak mu strzelałam sesję!
Po m&g szybko przegonili nas zza kulis i wypuścili do tłumu. Który był ogromny, gigantyczny, a do koncertu zostało jakieś 15-20 minut więc wpychanie się gdziekolwiek było ryzykowne. Ale mój towarzysz uważał inaczej. Zaczęliśmy przeciskać tak blisko, jak tylko możliwe. Wyszliśmy do publiki z boku sceny, gdzie stało dużo mniej ludzi niż po środku. Ktoś akurat szedł w tłum, więc zrobiliśmy wężyka i poszliśmy za nim. Inni skopiowali pomysł i szli za nami, krzycząc: IDŹCIE ZA DZIEWCZYNĄ Z BIAŁYMI WŁOSAMI! I tym sposobem udało nam się nawet zobaczyć scenę. Widok był przyzwoity, zostaliśmy. A kiedy koncert się zaczął ludzie oszaleli.

Nigdy nie miałam okazji być na koncercie Linkin Park za czasów Hybrid Theory, czy nawet Meteory. Ten koncert miał swojego rodzaju nadrobieniem tychże zaległości. Zagranie pierwszej płyty w całości miało mi to w ułamku procenta zrekompensować oraz pomóc nadrobić braki. Byłam nawet ciekawa, jak zostanie ułożona zatem setlita, skoro musiały się na niej pojawić wszystkie piosenki z HT. Okazało się, że zespół postanowił zagrać płytę od początku do końca, dokładnie tak, jak została nagrana. I choć kiedy się to czyta brzmi to monotonnie to efekt był. Człowiek miał okazję usłyszeć WSZYSTKIE piosenki na żywo, niektóre pierwszy raz w życiu. Czuło się ogromne emocje na widowni, bo wiele osób było w takiej samej sytuacji, jak ja. Skakałam przez cały czas i nie mogłam uwierzyć to, co się działo! Zabawa była cudowna! Kiedy skończyły się klasyki zespół wrócił do normalnego setu. Grali, wtedy jeszcze nowe, piosenki z The Hunting Party i wiele innych. Ludzie skakali, ciągle w łeb od panów za sobą dostawałam, Bajtak gdzieś przepadł, a koncert był mega. Jeden z lepszych to nie podlega wątpliwości. Jestem strasznie zadowolona, że poleciałam, chociażby dla cudownego m&g i pierwszych zdjęć ever z zespołem! Chociaż byłam zawiedziona, że żaden z nich nie zwrócił uwagę na moją kasetę..