18 sierpnia 2015

June 2014: Mars in Rybnik

Po ostatnim występie Marsów w Warszawie musiałam wrzucić na luz, bo jednak wszelkie zmiany, jakie zaszły zmieniły całkowicie wygląd koncertów, czy m&g. Nawet szczególnie nie planowałam znowu się na nich wybrać. Ciśnienia nie było, ale w sumie nie oszukujmy się: Jak Jaredy są w Polsce, to mnie tam nie zabraknie. Na razie odpuszczam sobie wyjazdy zagraniczne, no chyba, że znowu podarują mi za darmo m&g to wtedy zawsze mogę gdzieś się przejechać. Jednak mimo wszystko polskie koncerty uważam, za pewniaki.

Po porażce na Impacie nie planowałam już nic specjalnego. Żadnych giftów, bo jednak brak możliwości nawet wręczenie go do rąk własnych zabiera dużą część radości z dawania tych giftów. Kiedy w Hamburgu lub w Łodzi mogłam dać coś od siebie, z ręki do ręki, osobiście i zobaczyć minę Jared, Shannona czy Tomo, a nawet jeszcze zamienić dwa słowa to miało sens. Nawet dużo sensu! Teraz ro przepadło tak, jak mój prezent dla Jareda, choć powiedział, że go widział i był piękny. To jednak nie to samo i póki nic się nie zmieni, nie będę nic kupować, robić ani rysować (bo i takie przypadki były).

W Rybniku byłam pierwszy raz przy okazji koncertu Bryana Adamsa. Uwielbiam go i nie mogłam sobie tego odpuścić. Byłam tylko zdziwiona, że taka gwiazda, takiego formatu gra w... Rybniku. Dojazd słaby, metropolia to żadna, a stadion też do największych nie należy. Ale uparłam się i pojechałam. Koncert był cudowny, a ja wyjechałam stamtąd z poczuciem, że pewnie nigdy więcej do tej dziury nie zajadę.

Jezus na scenie w pełnej chwale i okazałości.

Ogłoszenie Marsów w Rybniku oczywiście mnie otrzeźwiło, że jednak nie uwolnię się od tego miejsca i prawdopodobnie warto by było zapamiętać dobre miejscówki, hotele, dojazdy, bo jest szansa, że będę tam częściej wracać. Kupno biletu to była zwykła formalność. Szybko też zorientowałam się, że moje koleżanki też jadą, zatem ekipa zbierała się zacna. M&g nie miało być już takie, jak kiedyś, ale z drugiej strony czemu nie wyciągnąć z tego, co najlepsze?

Zaraz po ogłoszeniu wyszło, że na koncercie zabraknie Shannona. Według internetów został zatrzymany za jazdę po pijaku i dostał zakaz wyjazdu ze Stanów. To przyczyniło się do jego nieobecność na reszcie koncertów na trasie. Wszystkie zdjęcie ze spotkań były wybrakowane, podczas show zastępował go (chyba?) technik, a secna była wyjątkowo pusta z braku perkusji, więc Jared przez większość czasu stał z prawej strony (patrząc od publiczności), aby całą uwagę skupić na swojej brodzie i włosach. To samo czekało nas, ale nie zniechęciło to fanów. Przyjechali tłumnie, a Goldeny (dawniej tak się właśnie nazywały bilet z m&g. Trudno zmienić przyzwyczajenia) tradycyjnie się wyprzedały.

Przed koncertem miał się odbyć pokaz filmu dokumentalnego Artifact. Działo się tak w wielu krajach, w których akurat koncertowali, a w Polsce ani trochę mnie to nie zaskoczyło: Nadal jest to jeden z najpopularniejszych zespołów w naszym kraju, czy to się komuś podoba czy nie. A i oni sami zakochali się w swoich polskich fanach już podczas pierwszej wizyty w Krakowie na Coke Live Music Festival w 2010 roku. Niestety w ostatniej chwili zmienili organizację i przenieśli wszystko na dzień po koncercie i to do Krakowa. Porządnie pokrzyżowało mi to plany, ale bilet był kupiony: Nie ma opcji. Najpierw więc czekał mnie koncert.

Jak tylko dotarłam pod stadion już było opóźnienie. Bo bez opóźnienia nie ma koncertu, nigdy tego nie zapominajcie. Znalazłam swoje laski i grzecznie czekałyśmy w kolejce, która tradycyjnie była przepełniona dziewczynkami. Czekanie się przedłużało więc próbowałyśmy zapełnić sobie czas. Razem z Gosią, jedną z moich cudownych znajomych, usiadłyśmy z boku, na schodkach. Przyuważyła nas dziennikarka z Dziennika Zachodniego i przeprowadziła z nami krótki wywiad, który choć nie ukazał się w tej formie, jest na ich stronie wraz z naszym zdjęciem. A nawet specjalnie się nie wyróżniałyśmy. Zaliczyłyśmy jednak fejma i dzięki temu dzień zaczął się dobrze.

Włosie w zbliżeniu. Bezdomny Jezus w natarciu!

Kiedy zaczęli wpuszczać robił się mały ścisk, ale to też chyba taka norma, co nie? Przepuścili nas na stadion bocznym wejściem, zebrali do kupy i zaczęły się absolutne jaja. Przede wszystkim trafiliśmy na górę trybun, z których bez problemów było widać scenę. Nic nadzwyczajnego, powiedział normalny człowiek. Niestety okazało się, że przed całym spotkanie miał też być sound check, naturalnie biletowany. Ludzie, którzy mogli na niego pójść dostali dodatkowe bransoletki i ustawili się z jednej strony, aby nie robić zamieszania. Które zaczęło się natychmiast po tym, jak ochroniarze kazali im zejść na dół, pod scenę. W tym momencie cała reszta stała się dla nich intruzami, którzy pod żadnym pozorem nie mogę uczestniczyć w próbie. Ale jak to osiągnąć? Wszyscy staliśmy na górze, scena przed nami, a zespół zaczął grać. Dziewczyny podeszły do ogrodzenia i robiły zdjęcia, nagrywały filmiki. Bo czemu nie? I tak zespół niczym mrówki biegał w tle. Nie spodobało się to, więc zaczęto nas stamtąd przeganiać. Stanęliśmy więc bliżej wejścia. Okazało się to niewystarczające, nadal było widać scenę. Przegnano nas więc jeszcze dalej, na bok, gdzie stał namiot z kawą. Namiot miał nam wszystko zasłaniać. Niech no tylko ktoś spróbował podejrzeć, zaraz podchodził jakiś dryblas i darł ryja, że ma się odsunąć. Było to tak żałosne, że gdybym sama tam nie stała, nie uwierzyłabym. Całkowity brak organizacji. Szkoda, że nas jeszcze nie wyrzucono ze stadionu i nie kazano zatkać uszu. W sumie... bardzo by mnie to już nie zdziwiło.

Udało nam się jednak nie umrzeć ze śmiechu i po sound checku wpuszczono nas również pod scenę, gdzie miało odbywać się m&g. Już się ludzie porozsiadali, więc bitwa o miejsca najbliżej Jareda została z góry przegrana. Razem z koleżankami stanęłyśmy z boku po prawej. Wyszła Reni, przedstawiła zasady i uszczuplony zespół przyszedł. Jared schowany za kurtyną włosów, brody i okularów zagadywał młode fanki, a Tomo tradycyjnie śmiał się, jak opętany. Pytania padały z obu stron, od nas i od nich. Leto obserwował, jak ludzie byli poubierani i zaczepiał niektórych, dopytując lub chwaląc wybór. Jedna z dziewczyn miała na koszulce jego zdjęcie zrobione przez Terry'ego Richardsona i natychmiast rzucił w swoim zwyczaju: Uncle Terry! To było akurat dokładnie w tym momencie, kiedy media rozpisywały się o skandalu z nim związanym. Jared zaczął go bronić i twierdzić, że ludzie mówią o nim obrzydliwe rzeczy. Opowiadał, że robi on takie zdjęcie, bo ludzie czują się przy nim komfortowo. Odniosłam wrażenie, że byłam jedyną osobą, którą to zniesmaczyło. A kiedy zapytał, kto z nas lubi Terry'ego krzyknęłam: NIE! Niestety przez niego nie zostałam usłyszana. Tylko Brytyjka stojąca przede mną obejrzała się na mnie, jak na idiotkę. Szkoda. Ciekawe, jak to jest się kłócić z Jezusem?

Po jeszcze paru łzach w oczach tylko dlatego, że Jared rozpoznał cię z youtube'a zgarnięto nas w gigantyczną kolejkę do autografów i zdjęć. Podpisy odbyły się na taśmociągu, przy czym w końcu znieśli zasadę, że można je dostać tylko na płycie lub gadżetach otrzymanych w ramach biletu. Kiedy w Warszawie oznajmili, że nie mogę nawet im dać swojego zdjęcia ze starego m&g do podpisania, coś we mnie pękło. Tylko co z tego, skoro powiedzieli o tym już na samym spotkaniu? Przy sobie miałam płytę Love, Lust, Faith and Dreams, nawet nie brałam nic innego. No i teraz mam tylko dwa podpisy, jakimś cudem kiedyś muszę wydębić trzeci, bo łyso.

Niestety nie było okazji nawet pogadać. Do zdjęcia człowiek wręcz biegł, aby nie daj Boże przez przypadek stał z zespołem dłużej niż ustawa przewiduje. Udało mi się tylko szybko zapytać Jareda, jak mu się podobają moje tatuaże. Ogólnie: Jared approves. Tomo za to zachwycił się moim kapeluszem. +10 do zajebistości. I tyle, bo już mnie odganiali, jak natrętną muchę. A potem zespół sobie poszedł. Na szczęście pozwolono nam zostać już na płycie, więc udało nam się zaklepać niezłe barierki.

Zdjęcie z 20 Seconds to Mars. O dziwo wyszłam przyzwoicie, rzadkość!

Sam koncert był dobry. Mimo braku Shannona udało im się porządnie zagrać, publiczność dopisała, mimo klasycznego echelonu wrzeszczącego: NAPIERDALAĆ! Oczywiście nic nie przebije występów w Łodzi, bo to były złote i diamentowe czasy. Takich koncertów, jak wtedy grali to już nie ma. Okroili show i wizualnie i muzycznie. Coraz rzadziej grają stare piosenki, choć From Yesterday jeszcze im wychodzi. Ale kontakt z publicznością był, ścisk był, Jared był. Wypad uznaję za udany, a czas spędzony z dziewczynami za bezcenny!

Zdjęć w sumie niewiele mam, nie wrzucałam więcej niż te dwa na górze. Są filmiki, zapraszam na youtube'a. Zdjęcie z zespołem mi się podoba, w końcu sama wyglądam, jak człowiek. Szkoda, że Jareda prawie na nim nie ma, nie mówiąc o jego bracie. Jak dotąd nikt nie skomentował rewelacji odnośnie pijanego Shannego, ale w sumie milczenie też bywa wymowne. Miejmy nadzieję, że już poszedł po rozum do głowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz