25 września 2015

November 2014 - The Hunting Party European Tour

The Hunting Party European Tour 2014 - 6 koncertów.

W czerwcu myślałam, że 3 koncert Linkinów + 1 Marsów w miesiącu to dużo, że szaleję. Ale kiedy ogłoszono zimową trasę po prostu odleciałam. 6 koncertów, 5 miast, 4 kraje. Tym razem jedynie starałam się wszystko załatwić za jednym razem, aby nie musieć latać w te i z powrotem (z Polski za granicę, z powrotem do Polski i dopiero do innego kraju), ale oszczędzić czas i pieniądze przelotami bez powrotów do domu. Kombinowałam z noclegami, trochę zaoszczędzić się udało. Leciałam pierwszy raz z przesiadką i spędziłam tydzień na bagażu podręcznym. Morzna? Morzna!
 
Zaliczone koncerty:
- Amsterdam, Holandia + LPU Summit (trzeci, byłam na wszystkich w Europie)
- Hamburg, Niemcy
- Paryż, Francja
- Berlin, Niemcy (wylosowane m&g)
- Londyn, Anglia
- Londyn, Anglia

Nadal nie wiem, jak ja to zrobiłam. Snu było tyle, co nic, a jeszcze w tygodniu wracałam do pracy, aby zaliczyć jakieś minimum. A do pracy na 7! Latałam, jeździłam, chodziłam, zwiedzałam, a potem jeszcze wieczorami chodziłam na koncerty. TO BYŁO ISTNE SZALEŃSTWO! I powtórzyłabym to bez mrugnięcia okiem.

Światła na scenie były naprawdę imponujące. Zdjęcie z koncertu w Hamburgu.

Live in Warsaw: OneRepublic

Mój drugi koncert i to drugi w Warszawie! Bardzo ich lubię, ale nie jestem pewna, czy chciałoby mi się jeździć za nimi dalej. Na szczęście, nie musiałam! Koncert w Stolycy to zawsze ogromna wygoda. Brak konieczności rezerwowania pociągu/autobusu, noclegu i nie trzeba się martwić powrotem, ani wolnym w pracy. A bilet EE jeszcze pozwala się nigdzie nie spieszyć.

Było zimno, listopad hello! Kolejka zakręcała wokół Torwaru, ale Arsel zaklepała dobre miejsce. Tradycyjnie podstawowym problemem były kurtki, z którymi nigdy  nie wiadomo, co zrobić (minusy zimowych tras). Do szatni już nie chadzam po absolutnym sajgonie po koncercie Placebo. Dlatego zawsze staram się kombinować i wykorzystywać wszelkie znajomości. I tym razem się udało. Okazało się, że z OneRepublic pracuje nasz linkinowy znajomy AJ i spokojnie zostawiłyśmy torby i kurtki na Front of House. A że ludzie biegli jednak do szatni, my spokojnie zaklepałyśmy barierki!


Supportem był zespół KONGOS. Znana mi jest/była tylko jedna piosenka, a mianowicie Come with me now. Ale i tak byłam ciekawa, jak zagrają. Tak rzadko przytrafiają mi się dobre supporty, że naprawdę staram się doceniać je doceniać! A już zwłaszcza jeśli można przy nich poskakać. I tym razem się nie zawiodłam. Chłopaki dali czadu, publika dobrze się bawiła, a potem nawet się okazało się, że niektórzy to specjalnie dla nich przyszli!

Po koncercie gitarzysta po prostu dał mi setlistę. Nigdy dotąd mi się to nie zdarzyło i mimo braku hype'u na zespół postanowiłam ją sobie zatrzymać! Zwykle byłam dla wszystkich niewidoczna, nigdy niczego nie dostawałam, więc taka odmiana była dla mnie miła! I wtedy ktoś zaczął mnie pukać w ramię. Okazało się, że moment wręczenia mi gifta został ogólnie zauważony i kolega stojący za mną był wielkim fanem Kongosów. Zaczął mi o tym opowiadać, a potem szybko przeszedł do żebrania o setlistę. Był na tyle zdesperowany, że chciał mi za nią zapłacić. Nie chciał zaakceptować odmowy, nachalnie próbował mnie przekonać, że musi mieć tę setlistę. Łapał mnie za rękę i prawie się popłakał! Z każdą chwilą coraz bardziej mnie irytował i swoim skomleniem całkowicie pogrzebał szansę na to, abym się zgodziłam. Miałam go dosyć więc z trudem odwróciłam się od niego. Wyszło, jak wyszło, ale żebranie na mnie nie podziałało. Potem jeszcze łapał mnie po koncercie, kiedy wychodziłyśmy z Torwaru, ale na szczęście udało mi się mu uciec.

Jednak zanim to się stało na scenę wyszli jeszcze OneRepublic! Tu ze znajomością piosenek nie było problemu! Słucham ich praktycznie od samego początku. Secrets, All the Right Moves, Apologize, czy wtedy świeże i jedno z moich ulubionych Love Runs Out! Grali same hiciory i to na 140%! A podczas ballad, które zagrali na wybiegu przy oświetleniu podwieszonych, starych żarówek na ogromny ekranie na scenie leciały przepiękne zdjęcia Warszawy! Zapewne ten trik był w każdym z miast, w których grali, ale dało efekt. Aby widzieć, co działo się na scenie musiałam się przekręcić i oprzeć o barierkę. Pierwszy rząd miewa swoje plusy i minusy. Ale bawiłam się fantastycznie! Niby zespół popowy, czasem spotkałam się z szufladką indie, ale czadu potrafią dać! Rozbujali cały Torwar, Ryan skakał na prawo i lewo, potykał się, przewracał i szalał. Nie oszczędzał się i dzięki temu publika odwdzięczała się żywiołową reakcją! Poprzednio, kiedy u nas grali byliśmy dla nich zakończeniem trasy. Tym razem byli na półmetku i energii w nich nie brakowało!

Zdjęcia nie wyszły najlepiej, co widać gołym okiem, ale ten koncert! KONCERT! Był to mój pierwszy na mojej listopadowej trasie i takie początki to ja mogę mieć zawsze! Właściwie to ja na takie koncerty mogę chodzić zawsze.

Po wszystkim poszłyśmy na Front of House do AJ'a po nasze rzeczy. Początkowo miałyśmy zostać z nim, aż wszystko posprząt, ale ochroniarz nie chciał o tym słyszeć i nas wyrzucił. Wyszłyśmy więc przed Torwar i tam poczekałyśmy. Było zimno, robiło się pusto, bo ostatni maruderzy rozeszli się do domów, ale wysłałam od siebie wiadomość, że stoimy pod kasami, bo AJ obiecał, że do nas wyjdzie.


Tylko kim jest AJ?

Nie wszyscy go kojarzą, ale on swojego czasu pracował na stałe z Linkin Park. Był kierownikiem oświetlenia (mogę tak to nazwać? Rozumiecie, o co mi chodzi?) na ich dawnych trasach koncertowych. Z tego, co mówił pracował z nimi od samego początku przez jakieś 10 lat. Zaprojektował całe show podczas trasy w 2010 roku. I tak go poznałyśmy, w Berlinie, po koncercie. Było okropnie duszno (w środku hali, bo jednak to był październik), a ja przyuważyłam u niego butelki z wodą. Szybka męska decyzja i padła prośba o podzielenie się. Z początku nie chciał, bo jak oznajmił w tej, co stoi obok niego jest za dużo jego śliny. Ale się zlitował i dał nam nową, nieotwartą. A potem z kieszeni wyciągnął kostki gitarowe i nam je podarował. Niby nic, a jednak go zapamiętałyśmy. Jakieś 2 tygodnie później wróciłyśmy na trasę do Londynu. Tradycyjnie koncert się wyprzedał i zorganizowano drugi, dzień wcześniej. Udało nam się załapać na oba. Pierwszego dnia zamiast z biletami wchodziłyśmy, jako wolontariuszki Music for Relief. Ominął nas w ten sposób support oraz możliwość stania pod sceną, ale z drugiej strony wejście nas nic nie kosztowało! Po zrobieniu swojego i zebraniu niewielkich datków na rzecz organizacji, Hugo (bo wtedy pracował z nimi Hugo, złoty człowiek!) wprowadził nas na płytę Areny. To było zaraz przed wyjściem Linkin Park, więc ludzi pełno! Nie bardzo miałyśmy, co zrobić ze sobą, a także ze swoimi kurtkami i torbami. Postanowiłyśmy więc zaryzykować i zagadać właśnie do AJ'a. O dziwo nas poznał! I wpuścił na Front of House! Był on dość duży, miejsca nie brakowało. Spokojnie położyłyśmy sobie nasze rzeczy i cały koncert spędziłyśmy oddzielone od reszty publiczności! Co prawda nie było to najbliżej sceny, ale nikt się na nas nie pchał, nikt nam nie zasłaniał. Mogłyśmy spokojnie robić zdjęcia i nagrywać filmiki. To było ciekawe doświadczenie i wszystko zawdzięczałyśmy AJ'owi.

Najlepsze zdjęcie z koncertu, jak zwykle: zrobione przez przypadek. Do tego akurat mam szczęście!
Po tej trasie mój kontakt z nim się urwał, ale Arsel obrotna, jak zawsze zadbała o to, aby wiedzieć, co i jak. Przed koncertem One Republic zgadała się z nim i dlatego w Warszawie mogłyśmy spokojnie zostawić u niego swoje rzeczy, a po koncercie pogadać.

To była dziwna rozmowa. AJ chyba mnie pamiętał (Arsel twierdzi, że tak). Z początku gadaliśmy o wszystkim i o niczym, a potem naturalnie zeszliśmy na temat Linkin Park. AJ rzucał jakimiś hasłami, wspominkami z ich współpracy, a potem trochę pękł i wylał na nas swoje 10cioletnie żale. Nie wiem, w sumie czemu to zrobił. Doskonale wiedział, że nadal jeździmy za Linkinami, ba! Że po OneRepublic mamy przed sobą kawałek ich trasy. A jednak zaczął nam opowiadać różne anegdotki i swoje wrażenia. Głównie negatywne. Ja nigdy nie twierdziłam, że zespół jest idealny i nieskazitelny. Wręcz przeciwnie. Jestem daleka od wychwalania ich pod niebiosa i tłumaczenia każdego ich błędu czy pomyłki. Jednak słuchanie opowieści zza kulis z perspektywy rozżalonego, byłego pracownika było bolesne. Pogoda nie dopisywała i mózg mi trochę zamarzł, więc wiele rzeczy dotarło do mnie po czasie, kiedy byłam już w domu. I trochę mnie to dobiło. Nie powinno! A jednak takie informacje nie mogą przejść obok Ciebie obojętnie. NIE BĘDĘ PRZYTACZAĆ TEGO, CO AJ OPOWIADAŁ! Z dwóch powodów. Po pierwsze, to była prywatna rozmowa, prawdopodobnie mimo żalu i nierozwiązanych spraw, AJ nie chciałby, aby to poszło w eter. Po drugie, nie będę Wam psuć frajdy. Mnie już przeszło i pogodziłam się z faktami. Nie moja w tym głowa, abyście i Wy poznawali kulisy pracy z chłopakami. Poza tym zawsze jest opcja, że wszystko zostało wyolbrzymione i przerysowane. Kiedy człowiek jest zły widzi wszystko w innym świetle i potem może wiele rzeczy przeinaczać. Pewne jest tylko to, że współpraca z Linkin Park nie zakończyła się w przyjaźni, ale wszyscy żyją!

Następnego dnia miałam kaca moralnego po takich plotach i byłam mega niewyspana. Kolejnym razem albo siedzimy do rana i nie idziemy do pracy, albo sobie darujemy i uciekamy do domu zaraz po włączeniu świateł...

9 września 2015

Artifact Screening: Kraków

Pierwotnie pokaz filmu Artifact miał się odbyć w Rybniku tak samo, jak koncert. Jeśli dobrze pamiętam to dzień wcześniej.  Z niewiadomych jednak powodów na gwałt zmienili datę i miejsce. Przenieśli wszystko do Krakowa, na dzień po koncercie, do Kina po Baranami. Porozsyłali do wszystkich maila, czy dalej są zainteresowani, bo jednak tego typu manipulacje zawsze mogę psuć komuś plany. Mnie oczywiście nie było to do końca na rękę, bo musiałam na żądanie wziąć dodatkowy dzień urlopu, bo z góry wiedziałam, że nie wrócę zaraz po projekcji (PKP I love you). Dodatkowo siedząc w McDonaldzie na dworcu, jeszcze w Warszawie przed podróżą do Rybnika, szukałam noclegu na jedną noc, bo musiałam się przecież gdzieś podziać (nocleg u koleżanki tym razem nie wchodził w grę). Zależało mi na tym spotkaniu i nie miałam zamiaru rezygnować mimo tragicznej organizacji (po raz n-ty).

Sam film Artifact już znałam. Oglądałam go podczas online'owego streamu na VyRT z Jaredem. Jednak możliwość zobaczenia go na dużym ekranie oraz spotkanie już z samym reżyserem oraz zdjęcie z nim to zupełnie inna para kaloszy. Udało mi się także zakupić bilet na tę atrakcję jako pierwsza z 50 osób i dostałam DVD z autografem! Szkoda, że owy podpis jest na okładce pudełka, a nie na papierowej wkładce, bo trochę się rozmazał, ale liczy się! 

Laski w natarciu. Gdzie ci faceci? Widzicie mnie?
Nie wiem, czy bilety były wyprzedane, ale osób przyszło sporo. Głównie dziewczyny. Najpierw weszli ludzie z biletami na spotkanie, aby móc zająć najlepsze miejsca, a potem cała reszta. Posadzili nas w średniej wielkości salce i po tradycyjnym przedstawieniu zasad puścili film. O dziwo okazało się, że zrobili do niego polskie napisy i to nawet bez błędów. O ile nie było to niezbędne (przynajmniej dla mnie) to ułatwiało takie sytuacje, w których ktoś na filmie rozmawiał przez telefon, a głos po drugiej stronie naturalnie brzmiał, jak trzaski z wiadomości nadaje przez obcych. Takich scen nie brakowało, bo okazało się, że Jared to gaduła i często pokazali jego rozmowy z prawnikami i znajomymi. 

Film nie jest jakiś rewelacyjny. Opowiada o tym, jak pewnego dnia zespół zostaje pozwany przez swoją wytwórnię fonograficzną na 20 milionów dolarów. Zostają postawieni przed faktem, że wiszą im grubą kasę mimo nagrywania, koncertowania i sprzedawania płyt. Jest tam to dokładnie wytłumaczone, dlaczego w ogóle dopuścili do takiej sytuacji, a raczej dlaczego dali się w nią wrobić. Ma to związek ze skomplikowaną formą podpisywania umów i tego, że każdy kto się na taki krok zdecyduje z góry jest winny wytwórni pieniądze. Ktoś, kto dopiero zaczyna jest naturalnie postawiony między podpisaniem czegokolwiek, a dalszym graniem w garażu. O ile jest to z góry zapisane między tysiącami paragrafów, to jest to nieuczciwe, bo przyszły artysta nie jest o tym informowany ani uprzedzany. A kiedy wytwórnia stwierdzi, że wydała na niego już dość pieniędzy, chce je z powrotem. I nieistotna jest liczba sprzedanych płyt, bo kwota jaką za nie zarobiono zawsze będzie dużo mniejsza niż ta, jaką żąda wytwórnia. Marsi wydają się zespołem dobrze prosperującym, ale jednak 20 milionów długu to kwota wręcz niebotyczna. Przez cały film widzimy ich zmagania najpierw z tą informacją, wytwórnią, własnymi emocjami. Wszystko dąży do tego, by pokazać, jak w końcu sobie z tym poradzili i co zrobili. A efektem tej walki jest płyta This is War.

Dowód zbrodni. Ah te jego paskudne włosy...
Po projekcji wyproszono ludzi, którzy mieli tańsze bilety, jedynie na sam film. A zaraz potem przyszedł Jared. Usiadł na przeciwko wszystkich, rozsiadł się wygodnie i od razu rzuciło mu się w oczy, że na sali są same dziewczyny. Opowiadał o filmie, o tym jak powstawał i dlaczego. O swoim pobycie w Krakowie, w Polsce. Zdziwił go widok bardzo wielu zakonnic, zwiedził kilka kościołów, co natychmiast pobudziło pytania o Church of Mars w Polsce. Tłumaczył, że chętnie by się tego podjął, ale do tego potrzebne jest pozwolenie, a i dobra akustyka! Dalszym pytaniom, na wszystkie tematy po kolei nie było końca. Aż sam Jared zdziwiony zapytał, czy to taki polski zwyczaj! Ale samo spotkanie było bardzo przyjemne. Trwało długo, widać było, że nikomu nigdzie się nie spieszyło, a i nie tylko widownia dobrze się bawiła. Po sesji pytań i odpowiedzi przyszła pora na zdjęcia, które tradycyjnie były na taśmociągu,ale przynajmniej wyszły ładnie. Najpierw każdy po kolei wychodził na korytarz, gdzie czekało się na koniec wszystkich zdjęć. Potem Jared zmył się, nam pozwolono zabrać swoje rzeczy z kina, a przed wyjściem można było odebrać swoją kopię filmu na DVD.

Z kina wyszłam dopiero po 23. Cała projekcja i spotkanie zajęły jednak trochę czasu. O powrocie do domu nie było mowy. Szybko zawinęłam się do hotelu i dopiero rano zebrałam do Warszawy.