9 września 2015

Artifact Screening: Kraków

Pierwotnie pokaz filmu Artifact miał się odbyć w Rybniku tak samo, jak koncert. Jeśli dobrze pamiętam to dzień wcześniej.  Z niewiadomych jednak powodów na gwałt zmienili datę i miejsce. Przenieśli wszystko do Krakowa, na dzień po koncercie, do Kina po Baranami. Porozsyłali do wszystkich maila, czy dalej są zainteresowani, bo jednak tego typu manipulacje zawsze mogę psuć komuś plany. Mnie oczywiście nie było to do końca na rękę, bo musiałam na żądanie wziąć dodatkowy dzień urlopu, bo z góry wiedziałam, że nie wrócę zaraz po projekcji (PKP I love you). Dodatkowo siedząc w McDonaldzie na dworcu, jeszcze w Warszawie przed podróżą do Rybnika, szukałam noclegu na jedną noc, bo musiałam się przecież gdzieś podziać (nocleg u koleżanki tym razem nie wchodził w grę). Zależało mi na tym spotkaniu i nie miałam zamiaru rezygnować mimo tragicznej organizacji (po raz n-ty).

Sam film Artifact już znałam. Oglądałam go podczas online'owego streamu na VyRT z Jaredem. Jednak możliwość zobaczenia go na dużym ekranie oraz spotkanie już z samym reżyserem oraz zdjęcie z nim to zupełnie inna para kaloszy. Udało mi się także zakupić bilet na tę atrakcję jako pierwsza z 50 osób i dostałam DVD z autografem! Szkoda, że owy podpis jest na okładce pudełka, a nie na papierowej wkładce, bo trochę się rozmazał, ale liczy się! 

Laski w natarciu. Gdzie ci faceci? Widzicie mnie?
Nie wiem, czy bilety były wyprzedane, ale osób przyszło sporo. Głównie dziewczyny. Najpierw weszli ludzie z biletami na spotkanie, aby móc zająć najlepsze miejsca, a potem cała reszta. Posadzili nas w średniej wielkości salce i po tradycyjnym przedstawieniu zasad puścili film. O dziwo okazało się, że zrobili do niego polskie napisy i to nawet bez błędów. O ile nie było to niezbędne (przynajmniej dla mnie) to ułatwiało takie sytuacje, w których ktoś na filmie rozmawiał przez telefon, a głos po drugiej stronie naturalnie brzmiał, jak trzaski z wiadomości nadaje przez obcych. Takich scen nie brakowało, bo okazało się, że Jared to gaduła i często pokazali jego rozmowy z prawnikami i znajomymi. 

Film nie jest jakiś rewelacyjny. Opowiada o tym, jak pewnego dnia zespół zostaje pozwany przez swoją wytwórnię fonograficzną na 20 milionów dolarów. Zostają postawieni przed faktem, że wiszą im grubą kasę mimo nagrywania, koncertowania i sprzedawania płyt. Jest tam to dokładnie wytłumaczone, dlaczego w ogóle dopuścili do takiej sytuacji, a raczej dlaczego dali się w nią wrobić. Ma to związek ze skomplikowaną formą podpisywania umów i tego, że każdy kto się na taki krok zdecyduje z góry jest winny wytwórni pieniądze. Ktoś, kto dopiero zaczyna jest naturalnie postawiony między podpisaniem czegokolwiek, a dalszym graniem w garażu. O ile jest to z góry zapisane między tysiącami paragrafów, to jest to nieuczciwe, bo przyszły artysta nie jest o tym informowany ani uprzedzany. A kiedy wytwórnia stwierdzi, że wydała na niego już dość pieniędzy, chce je z powrotem. I nieistotna jest liczba sprzedanych płyt, bo kwota jaką za nie zarobiono zawsze będzie dużo mniejsza niż ta, jaką żąda wytwórnia. Marsi wydają się zespołem dobrze prosperującym, ale jednak 20 milionów długu to kwota wręcz niebotyczna. Przez cały film widzimy ich zmagania najpierw z tą informacją, wytwórnią, własnymi emocjami. Wszystko dąży do tego, by pokazać, jak w końcu sobie z tym poradzili i co zrobili. A efektem tej walki jest płyta This is War.

Dowód zbrodni. Ah te jego paskudne włosy...
Po projekcji wyproszono ludzi, którzy mieli tańsze bilety, jedynie na sam film. A zaraz potem przyszedł Jared. Usiadł na przeciwko wszystkich, rozsiadł się wygodnie i od razu rzuciło mu się w oczy, że na sali są same dziewczyny. Opowiadał o filmie, o tym jak powstawał i dlaczego. O swoim pobycie w Krakowie, w Polsce. Zdziwił go widok bardzo wielu zakonnic, zwiedził kilka kościołów, co natychmiast pobudziło pytania o Church of Mars w Polsce. Tłumaczył, że chętnie by się tego podjął, ale do tego potrzebne jest pozwolenie, a i dobra akustyka! Dalszym pytaniom, na wszystkie tematy po kolei nie było końca. Aż sam Jared zdziwiony zapytał, czy to taki polski zwyczaj! Ale samo spotkanie było bardzo przyjemne. Trwało długo, widać było, że nikomu nigdzie się nie spieszyło, a i nie tylko widownia dobrze się bawiła. Po sesji pytań i odpowiedzi przyszła pora na zdjęcia, które tradycyjnie były na taśmociągu,ale przynajmniej wyszły ładnie. Najpierw każdy po kolei wychodził na korytarz, gdzie czekało się na koniec wszystkich zdjęć. Potem Jared zmył się, nam pozwolono zabrać swoje rzeczy z kina, a przed wyjściem można było odebrać swoją kopię filmu na DVD.

Z kina wyszłam dopiero po 23. Cała projekcja i spotkanie zajęły jednak trochę czasu. O powrocie do domu nie było mowy. Szybko zawinęłam się do hotelu i dopiero rano zebrałam do Warszawy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz