9 grudnia 2015

November 2014: Amsterdam

Pierwszy (dla mnie) koncert na zimowej europejskiej trasie 2014 The Hunting Party Fall European Tour. Decyzja pojechania na niego zapadła jednak jako ostatnia, bo początkowo nie planowałam się tam wybrać. Jednak ogłoszenie Summitu, zlotu oficjalnego fanklubu bardzo szybko zmieniło moje zdanie. Musiałam kombinować z biletem, bo wyprzedały się, jak świeże bułeczki jeszcze zanim LPU rzuciło niusem, koniec końców udało mi się załatwić wejściówkę. Kolejny kraj i kolejne miasto gdzie mnie jeszcze nie było!

Wszystko działo się na całkowitym spontanie! Nie dość, że musiałam na ostatnią chwilę wszystko załatwiać, to jeszcze był to ostatni koncert, który trzeba było zaplanować, bo cała reszta była już ustalona. Kiedyś się trochę wkurzałam na takie sytuację, bo nie lubię gdy coś nie idzie po mojej myśli lub coś/ktoś zakłóca mi harmonogram. Ale na swój sposób przyzwyczaiłam się i nauczyłam z tym sobie radzić. Także...!

Zamiast z Warszawy leciałam z Gdańska, bo okazało się to dwa razy tańsze i kolejną wymówką do spotkania z moją Martą! Tego dnia była okropna mgła, przez to lot opóźnił mi się ponad godzinę, a potem jeszcze lądowanie o kolejne 45 minut. Szczerze to byłam w szoku, że pilot sobie poradził, bo jak zerknęłam przez okno, to ledwo widziałam fragment skrzydła, a co dopiero płytę lotniska. A jednak nie walnął w nią, jak pan z WizzAir na East Midlands, przez co pasażerowie prawie pod sufit podlecieli (a pogoda była idealna!). Na miejscu czekała na mnie Arsel oraz Corey, koleżanka ze Stanów. Przeze mnie wszystko się opóźniło, ale przez pogodę nie spotkało to tylko mnie. Ogarnęłyśmy bilety do komunikacji miejskiej i udałyśmy się do hoteli. Ja miałam pokój z Arsel, Corey nocowała zupełnie gdzie indziej. A tego dnia poza podróżą czekał nas jeszcze LPU MeetUp w Hard Rock Cafe.


Było zimno, ale nie padało więc w miarę w jednym kawałku, po zgarnięciu się z dworca pojechałyśmy razem do miasta. Miasta słynącego z mieszkańców jeżdżących na rowerach. W tym miejscu zaspoileruję, że to nijak ma się do jakiegokolwiek wyobrażenia o tym zjawisku. Kiedy ja słyszałam o rowerach w Amsterdamie myślałam o rozwiniętej sieci ścieżek rowerowych ciągnących się przez całe miasto. O grupkach ludzi, którzy zamiast korzystać z komunikacji miejskiej wybierają taki środek lokomocji. Kojarzyło mi się to z miejskimi rowerami z koszyczkami i zakupami w środku. Rzeczywistość prawie mnie przejechała.

W Amsterdamie poza ścisłym centrum nie ma chodników. Nie ma zatem ścieżek rowerowych. Rowery mają swoje oddzielne pasy ruchu na ulicy, w niczym nie ustępujące szerokością tym dla samochodów. A liczba rowerzystów jest przytłaczająco ogromna! To nie jest kilkadziesiąt osób, to jest maraton rowerowy ZA KAŻDY RAZEM! Jak tylko zmienią się światła przez ulicę przejeżdża tabun rowerów, z czego połowa i tak cierpi na chroniczny daltonizm, bo zielone dla pieszych w niczym jej nie przeszkadza. Przechodząc przez pasy trzeba się pilnować, bo to nie powstrzyma żadnego rowerzysty przed przejechaniem Ciebie. Osobiście mnie to spotkało i po krótkiej obserwacji doszłam do wniosku, że ci ludzie mają jakiś społeczny immunitet na przestrzeganie zasad ruchu drogowego. A że są ich setki na minutę mają siłę przebicia.

Z przygodami, ale udało się znaleźć Hard Rock Cafe. Pod wejściem zbierała się już grupka ludzi, ewidentnie na spotkanie. Od słowa do słowa zaczęliśmy wspólnie marznąć pod drzwiami. Z czasem przychodziło coraz więcej fanów, trochę znajomych. Zaczęła się zbiórka i całą grupą weszliśmy do środka. Było nas sporo i musieli nas poupychać przy malutkich stolikach. Rozdano nam menu, raffle tickets do loterii, a Lulu, która była obecna jako przedstawicielka LPU chodziła między ludźmi i ze wszystkimi rozmawiała. Pierwszy raz miałam okazję z nią porozmawiać, dotąd nawet nie wiedziałam, że ktoś pomaga Lorenzo, który naturalnie był nieobecny. Była bardzo miła i chętnie z nami rozmawiała. Bardzo podobała jej się flaga Arsel zrobiona specjalnie na summit, która tradycyjnie miała zostać podpisana przez uczestników, a następnie zawisnąć na keyboardzie Mike'a podczas koncertu. Osobiście biegałam trochę po klubie i robiłam zdjęcia, próbując ogarnąć z tego jakąś fotorelację. Potem przyszły burger (no co innego można zamówić?) i wszyscy usiedli aby zjeść. Odbyło się także losowanie nagród, w tym koszulki czy podpisanego plakatu z LPU zaprojektowanego przez toolkita. Wszystko nie trwało długo, następnego dnia czekał nas jeszcze summit, cały dzień na arenie, a razem z Arsel stwierdziłyśmy, że mamy za dużo wolnego czasu i zgłosiły się do pomocy. Po Meet Upie razem z grupką znajomych poszliśmy jeszcze na piwo i rozjechaliśmy się do swoich hoteli, aby złapać chociaż trochę snu.

Lulu wraz z summitową flagą, jeszcze bez podpisów.

Pod areną byłyśmy przed 9 rano. Zbiórka dla takich hej do przodu do pomocy, jak my miała się właśnie wtedy zacząć, ale tradycyjnie było opóźnienie i marznięcie pod wejściem. Kiedy w końcu otworzyli drzwi wytoczył się z nich Lorenzo wraz z Lulu i innymi ludźmi z ekipy. Od razu przeliśmy do pracy rozstawiając stoły, wszystkie potrzebne przedmioty, jak gadżety na aukcje, koszulki, laminaty, smycze i drobiazgi summitowe. Było jedzenie, napoje, a ja rozdawałam smycze z koncertu we Wrocławiu, których nie miałam niestety okazji pozbyć się na koncercie. Jak zwykle poznało się sporo ludzi i słuchało z jak daleka ktoś przyjechać. Summit w Londynie był pierwszy w historii LPU zatem wtedy ludzie przylatywali z drugiego końca świata nie wiedząc, czy druga taka okazja się powtórzy. Mimo, że summity odbywają się w miarę regularnie to nadal na europejskich można spotkać przedstawicieli właściwie z całego świata.

Kiedy nadeszła właściwa pora na wpuszczanie reszty uczestników przydzielono nam zadania i rozstawiono po całej arenie. Mi przypadła fucha przy samym wejściu i rozdawanie laminatów ze smyczami i naklejkami. Zmarzłam przy tym niemiłosierne, bo jednak stanie przy otwartych drzwiach bez jakiejkolwiek zimowej odzieży nie było najbardziej komfortowe. Dłonie miałam zgrabiałe, aż czasami nie byłam w stanie rozplątać smyczy. Udało się jednak nie stracić żadnej kończyny, wpuścić wszystkich do środka i zacząć Summit.

Bycie wolontariuszem wiązało się z obowiązkami, ale także z przywilejami. Kiedy wszyscy uczestnicy zebrali się w jednym miejscu, a Lulu i Lorenzo ich witali nikt nie zwracał na mnie uwagi, kiedy kręciłam dookoła i robiłam zdjęcia. Mimo że nie miałam na sobie mercha z LPU ludzie brali mnie za ich pracownika i często przychodzili do mnie z pytaniami (w Polsce pewnie już zaczynaliby mówić per Pani). Początkowo bałam się, że przez pomoc przy organizacji nie będę w stanie brać udziału w zaplanowanych atrakcjach, ale na szczęścia taka sytuacja nie miała miejsca. Choć musiałam stać np. przy standzie z przedmiotami do aukcji przekazałam pieniądze koleżance, aby kupiła mi raffle tickets do loterii, a potem sama już spokojnie czekałam na wyniki (nic nie wygrałam). A kiedy wpuszczono już wszystkich na halę, pod scenę zabawa w wolontariusza się skończyła i mogłam spokojnie zwiedzać, robić zdjęcia i siedzieć ze znajomymi.

Z robieniem zdjęć z początku był problem. To był już mój trzeci Summit i jak dotąd nigdy nikt nie miał pretensji o wnoszenie lustrzanek (także w USA zgodnie z relacją koleżanki). Tym razem jednak odgórnie ich zabroniono, nie podając konkretnego powodu. Kiedy napisałam maila do LPU otrzymałam odpowiedź, że to z winy zarządcy budynku, w którym miał się odbywać Summit, który po prostu zabronił robienia zdjęć profesjonalnym sprzętem, tj. z wymienną optyką. Znajoma postanowiła skontaktować się zatem z kim trzeba w Ziggo Dome i wyjaśnić sprawę. O dziwo odzew z tej strony był pozytywny: Nikt nikomu nie zabraniał korzystania z lustrzanek podczas Summitu, jedynie podczas koncertu. Sprawa wydawała się jasna, przynajmniej z naszej strony. Poszedł kolejny mail do LPU, który jednak nie przyniósł żadnego skutku i w końcowym efekcie nic się nie zmieniło. LPU szło w zaparte, że lustrzanek nie wolno podczas całego Summitu, nie mówiąc już o koncertach. Trochę mnie to wkurzyło i po chamsku postanowiłam zrobić po swojemu. Wzięłam aparat, bo wiedziałam, że i tak nikt nie będzie mnie przeszukiwał (a tak!) i nie znajdzie mojego aparatu. Miałam ze sobą swój plecak, który zanim weszliśmy na płytę leżał pod moim płaszczem, a sprzęt bezpiecznie w środku. Wyjęłam go dopiero na arenia, kiedy stałam w kolejce do zwiedzania sceny. Cóż, wszyscy widzieli. Marc widził, Lulu widziała, nikt nic nie powiedział. Marc podobno miał heheszki, zapewne uważając mnie za blondynkę, która nie wie co robić z takim sprzętem. No nic. Ja osiągnęłam swoje i udało mi się porobić trochę zdjęć.

Lorenzo wraz z Lulu podczas witania się ze wszystkim uczestnikami oraz Marc, jak zwykle przemykający bokiem. Lorenzo wygląda, jakby miał uszy Myszki Micky!

Po zwiedzaniu sceny z mojej strony i backstage'a dla innych przyszedł zespół na małe Q&A. Wcześniej nawet sami z siebie zaczęli grać na scenie coś niby sound check, ale głównie się wygłupiali i poszło A place for My Head w wersji reggae. A potem były pytania. Chłopaki rozsiedli się na scenie i byli gotowi z nami trochę porozmawiać. W Londynie pytaniom nie było końca i ludzie zadawali je bardzo ciekawe. W Hamburgu nawet ja zdobyłam się na wstanie i wyrzucenie z siebie kilku słów. W Amsterdamie była jednak absolutna tragedia. Nikt nie chciał zadawać pytań, a jak już jakiś odważny się znalazł zapytał... o ulubionego Pokemona. No nie wiem, tylu ludzi i na nic dobrego nie wpadli. Zespół też był rozczarowany więc szybko się to skończyło.  Zrobiliśmy grupowe zdjęcie, na którym w ogóle mnie nie widać, a potem przeszliśmy do m&g.

Aktualnie m&g wygląda tak, że wszyscy uczestnicy rozstawiani są pod ścianą, a członkowie zespołu po kolei podchodzą do każdego i podpisują, co tam się im da (no tak samo, jak było na Downloadzie). Można też zagadać i dać gifta. Niestety opóźnienie, jakie wkradło się już na wstępie, czyli kiedy jako wolontariusze wchodziliśmy godzinę później niż było planowane, przesunęło się, przedłużyło i ogólnie nagle okazało się, że jesteśmy w czarnej dupie. Ludzi olśniło, że to już pora wpuszczać innych na KONCERT, a my ledwo m&g zaczęliśmy. Było nas ponad 200, a każdy chciał dostać te 6 autografów. Dlatego wszystko zostało przyspieszone, a chłopaki wręcz biegali przed nami aby podpisać, jak najwięcej rzeczy. To i tak nie pomogło. Połowa osób została na lodzie. Mi nie podpisał Phoenix (do podpisania dałam swoją akrę z Wrocławia), niektórzy mieli gorzej, bo dotarła do nich tylko część zespołu. Jednak czas naglił, więc trzeba się było zwijać. Nikt nie ukrywał rozczarowania.

W pewnym momencie podbiegła do mnie Lulu i zapytała, czy mówię po polsku. Przyznałam się, więc zabrała mnie do jednej dziewczyny, która stała wcześniej w kolejce. Okazało się, że jest Polką, ale nie do końca zna angielski. Podczas loterii wygrała (chyba) zdjęcie z zespołem, ale z powodu opóźnienia niestety okazja przepada. Lulu postanowiła jej to wynagrodzić i zaoferować jedną z opcji biletu Premium: Mogłaby stać podczas pierwszych trzech piosenek z boku sceny. Nie mogły się jednak dogadać z powodu bariery językowej, więc musiałam tłumaczyć. Zrozumienie nastąpiło, zadowolenie niekoniecznie. I się trochę nie dziwię. Nie wiem, jak wszystko się skończyło, ale na miejscu tej dziewczyny byłabym bardzo rozczarowana. A wszystko z powodu bardzo słabej organizacji. Szkoda, że tak wyszło, bo jednak doświadczenie już mają, nie robili tego po raz pierwszy, a i sam Summit nie jest już za darmo, do tego cena wzrosła. Mam tylko nadzieję, że wyciągnęli z tego jakieś wnioski.


Widok ze sceny zza konsoli Shinody. Mniej więcej tak to wygląda podczas koncertów. Tylko ludków trochu więcej.

Ze swojej strony mogę się jedynie pochwalić, że podczas całego Summitu rozdawałam na prawo lewo smycze linkinpark.pl z koncertu we Wrocławiu. Przyszły do mnie niestety po imprezie i musiałam coś z nimi zrobić. Najpierw rozsyłałam chętnym ludziom pocztą, ale było ich bardzo mało. Postanowiłam zatem pozbyć się ich inaczej. Dostała je ekipa (na zdjęciach z Summitu Lorenzo nosi swoją cały czas na szyi), fani oraz sam zespół. Mike bardzo ładnie mi dziękował, a Chester od razu z uśmiechem na twarzy założył na szyję. Największą frajdę miał jednak nowy członek ekipy- Joe Skarz. Młody chłopak, który jak potem się dowiedziałam wcześniej pracował z Jay-Z, ale współpraca nie trwała długo. Potem dorwał Jima, managera Linkinów i dzięki swojemu słowotokowi oraz ogromnemu entuzjazmowi dostał tę pracę. Jarał się, jak flota Stannisa i jarał się Polską. Potem okazało się, że jego pełne nazwisko to Skarzynski (Facebook to potęga) i wszystko stało się jasne.

Po m&g pozwolono nam zostać na hali, bo zaraz i tak miała wejść reszta fanów, a nam przysługiwało wcześniejsze wejście. Barierki zostały zatem oblepione, ale w efekcie końcowym stałam przy nich. Nie było mi specjalnie wygodnie przez mój plecak, który trzymałam przy nogach przez cały czas, ale inaczej chyba nie wyszedłby z tego żywy. Po Summicie został taki niesmak, że człowiek już nie oczekiwał fajerwerków. A jednak chłopaki dali z siebie wszystko. Koncert był bardzo udany (sporo dobrych zdjęć) i miałam kilka swoich małych momentów: Mike raz złapał mnie za rękę, a Chester dwa razy. Ludzie się pchali i wpychali mnie na barierki, ale bywało gorzej. Dobrze zagrali, widać też, że dobrze się bawili. Jak zwykle wspominali o Summicie, a obie flagi z podpisami uczestników zawisły na keyboardzie Mike'a i konsoli Joe'ego. Pierwszy raz też spotkałam się z wybiegiem na scenie podczas koncertu Linkinów. Ale był bardzo niski, niczego nie zasłaniał, a jedynie wydłużył pierwszy rząd. Stałam z boku po prawej patrząc od widowni, więc widok miałam idealny. Machałam flagą, skakałam i śpiewałam, a potem aż trudno było się pogodzić z końcem mimo ogromnego zmęczenia i obolałych nóg.

Niestety/stety już z samego rana musiałam uciekać do Hamburga zostawiając Arsel smacznie śpiącą w hotelu. Na tej trasie mało spałam, ale czego się nie robi dla ulubionego zespołu?

Chłopaki na scenie. Summit nie należał do udanych, ale koncert dali przedni!

Tradycyjnie zdjęcia z summitu i koncertu znajdziecie na mojej stronie z fotografią koncertową: Concert Corner oraz stronie na Facebooku