9 marca 2016

November 2014: Hamburg

To była już moja czwarta wizyta w Hamburgu. LPU Summit (bez koncertu), koncert Marsów x2 i wreszcie nadszedł czas na koncerty Linkinów, w arenie O2 wraz z moją Anią! Mam słabość do tego miasta i mimo, że nigdy nie jest mi po drodze, Berlin bliżej, a podróż nigdy nie kosztuje mało bardzo lubię tam latać.

W Amsterdamie nie miałam za bardzo kiedy i jak wypocząć. Następnego dnia, z samego rana po koncercie uciekałam na lotnisko. Pierwszy raz leciałam wtedy z przesiadką, ale okazało się to mniej straszne niż myślałam, a nawet banalnie proste. Z Amsterdamu do Kopenhagi, gdzie przeczekałam chyba ze 2 godziny i stamtąd do Hamburga. Choć patrząc na mapę nie ma to sensu, a oba loty były prowadzone przez tę samą firmę (SAS), wyszło to taniej niż lot bezpośredni. W Hamburgu odebrała mnie Ania, moja dobra koleżanka poznana na Summicie w 2011 roku, z którą od tego czasu utrzymuję kontakt. Ponieważ do koncertu było daleko, mogłyśmy spokojnie razem spędzić trochę czasu. Jakoś tak się składa, że już któryś raz z rzędu w listopadzie siedzę w Hamburgu. Dzięki temu po raz drugi miałam okazję wpaść na DOM, czyli festyn, jaki jest tam organizowany latem i zimą! Na tym pierwszym jeszcze nigdy nie byłam, a ponoć jest dużo bardziej okazały, to powiem Wam, że zimowy i tak robi spore wrażenie! Stragany z jedzeniem na ciepło i słodyczami. Automaty do gier i z maskotkami. A na sam koniec atrakcje rodem z wesołego miasteczka: rollercoaster, młyn, młot i wszystkie inne shakery, po których człowiek ma nogi, jak z waty. Choć nie było najtaniej nie mogłyśmy sobie darować paru przyjemności, jak owoce w czekoladzie, naleśniki z Nutellą, czy gotowaną kukurydzę, niekoniecznie jednocześnie. Pograłyśmy też na automatach z maskotkami, bo znalazłyśmy taki, w którym można było dorwać smoki z Jak wytresować smoka! Obu nam się udało wyłowić smoki, które potem bezczelnie wymieniłyśmy na dwa Szczerbatki w innym stoisku. Przejechałyśmy się rollercoasterem i shakerem, który okazał się dość ekstremalny i chodzenie po wyjściu z niego było wyzwaniem. Odpuściłyśmy sobie co bardziej szalone kolejki, bo wystarczyło na nie spojrzeć, aby zwątpić we wszystko. Mimo pogody bawiłyśmy się przednio, lepiej niż rok wcześniej!

Scena na tej trasie była tak niska, że sięgnięcie lub zejście do widowni było dla zespołu błahostką!

W dniu koncertu musiałam wyjść z Anią wcześniej i udać się z nią na jej uczelnię. Miała w ogóle nie iść na swoje zajęcia, ale okazało się, że jednych nie może sobie odpuścić. Pogoda nie dopisywała, ale na spokojnie pojechałyśmy z setką przesiadek na miejsce. Nikomu nie przeszkadzała moja obecność, zwłaszcza, że i tak niczego nie rozumiałam. Nie dość, że informatyka na akademickim poziomie to jeszcze po niemiecku. Nie stała się przez to prostsza. Na szczęście zajęcia nie trwały długo. Po wszystkim pojechałyśmy na dworzec coś zjeść, bo i tak musiałyśmy tamtędy przejechać w drodze do areny.

Swoją drogą, jeździliście kiedyś po Hamburgu komunikacją miejską? Tak się składa, że Ania mieszka na drugim końcu miasta względem areny. Dojechania z jednego miejsca na drugie wymaga czterech przesiadek i sporego zapasu czasu. Ale da się to zrobić. Nie ma problemu z poruszaniem się po mieście, a na bilecie koncertowym jest jednocześnie bilet na komunikację (całą), który upoważnia do przejazdu w dniu koncertu. Podobno tak samo jest z biletami na mecze, a mając na względzie, że nie są one tanie (w ciągu paru lat podrożały o ok. 20 ojro) jest to bardzo dobry pomysł. Why are we not founding this?

Po obaleniu McDonalda (piękno tego fastfooda polega na tym, że podstawowe menu wszędzie jest takie samo, a więc każda podróż musi zawierać przynajmniej jedną wizytę) Ania wpadła jeszcze na kawę i udałyśmy się pod arenę. Po raz kolejny doceniłam EE z LPU. To autentycznie coś pięknego. Podróż nam zajęła trochę czasu (patrz: 4 przesiadki) więc udało nam się dobiec do wejścia jakieś 5 minut przed otwarciem. Nie było jednak dużo osób, nikt się nie pchał, a i obie znalazłyśmy swoich znajomych zatem bez problemu weszłyśmy jako jedne z pierwszych. Barierki były nasze bez żadnych wyrzeczeń, czekania i marznięcia pod wejściem.

Już drugi koncert podczas wypadu udało się spędzić w pierwszym rzędzie. Niemcy mają swoje zalety na takich spędach. Ania wykorzystała swoje gwarantowane m&g i jeszcze przed koncertem Of Mice and Men musiała udać się na miejsce zbiórki. Mimo że sala zapełniała się po brzegi nikomu nie sprawiało problemu aby nie pchać się na jej miejsce, a nawet spokojnie pozwolić wrócić po spotkaniu. Tym sposobem nie musiałyśmy się rozdzielać, a potem szukać wśród tłumu. Sam koncert był bardzo udany. Po tak długim czasie nie pamiętam, którą grali setlistę (tak wiem, wszystko jest do sprawdzenia w internecie), ale nawet jeśli powtarzali tę z Amsterdamu nie przeszkadzało mi to. Jak zwykle dobrze się bawiłam i robiłam mnóstwo zdjęć. Już teraz muszę przyznać, że oświetlenie na tej trasie należało do jednych z moich ulubionych. Nie tylko zdjęcia wychodziły przednie, ale i efekt na żywo był najlepszy.

Chłopaki dali czadu, aż z Chestera ciuchy spadły!

Po tak fantastycznym wypadzie, koncercie i w ogóle spędzonym czasie miałam najgorszy powrót świata. Nie, samolot nie uciekł, wszystko było na czas, ani nikt mnie nie zatrzymał na lotnisku. Ale już w Amsterdamie czułam się, jak w reklamie Rutinoscorbinu. Nie było to nic poważnego, ale nie miałam ze sobą żadnych leków aby zdusić to w zarodku. Ci, co trochę latają wiedzą, jak uszy zatykają się podczas startu, a przede wszystkim podczas lądowania. No więc przez lekkie przeziębienie uszy miałam zatkane już na zaś i myślałam, że mogę to odhaczyć. Podchodzenie do lądowania natychmiast wyprowadziło mnie z błędu. Na początku myślałam, że umieram. Uczucie porównywalne z wkładaniem niezabezpieczonego kabla elektrycznego do ucha i polaniem go wodą. Ból rozchodził się od ucha przez pół twarzy i zamiast zmaleć, z czasem było coraz gorzej. A potem chyba głowę mi rozsadziło od środka, ewentualnie miała miejsce mała implozja. Trwało to niestety cały czas podczas lądowania i przeszło dopiero na lotnisku. NIE POLECAM! Wiem, że na to się nie ma wpływu, ale latanie będąc chorym jest jednym z najgorszych możliwych wyjść. Jak coś... YOU HAVE BEEN WARRNED. W takiej sytuacji jedynym wyjściem jest naćpanie się wszystkim, co popadnie kiedy tylko pojawią się pierwsze objawy choroby. I modlenie się, że zadziałają, jak w reklamie: Od razu.

Nie mogłam się rozłożyć więc w domu natychmiast wzięłam leki i walczyłam z nadchodzącą chorobą. W przerwie międzykoncertowej musiałam jeszcze wpaść do pracy, aby jednak wypłata była większa niż 100 zł. Zmęczenie dawało o sobie znać, ale czekała mnie najbardziej emocjonująca część podróży, a mianowicie pierwszy w życiu wypad do Paryża!

A po zdjęcia z koncertu tradycyjnie zapraszam na Concerts Corner. W tym celu klikamy w radosnego Mike'a!

http://concertscorner.com/2014/11/25/10-11-2014-linkin-park-hamburg-germany